Translate

Showing posts with label Ze wspomnień Redakcji. Show all posts
Showing posts with label Ze wspomnień Redakcji. Show all posts

March 27, 2013

Lea Demolka wspomina dzieciństwo czyli kleszcz z krainy beretów



Twardym trzeba być a nie miętkim nei?
Dzisiaj krótka rozprawka na tematy wewnętrzne.
Jak już niektórzy zdążyli się zorientować w czasach kiedy byłam pacholęciem 7-8 letnim jeździłam sobie po świecie na różne tournee z taką jedną kapelą, gdzie i Kasia Sokołowska - obecna jurorka Top Model ze mną miała przyjemność ekhe. Występowac dla gawiedzi.

 Kapela składała się w głównej mierze z bab w wieku szkolnym i z 4 facetów ( w tym Ojciec Dyrektor)  Jako, że byłam giętka jak witka wierzbowa lub wiklina jak kto woli zostałam umieszczona w grupie akrobatycznej gdzie fikałam różne gwiazdy, szpagaty, wsadzałam sobie głowę między nogi od tyłu a czasem jak to ja zaliczałam skok na Małysza z ubikacji budząc odrazę kiedy znajdowano mnie w kącie kibla z gołym tyłkiem i nieświeżym berecikiem na głowie.

Na wyjazdach zagranicznych o ile nie były do krajów ościennych, gdzie była podobna bieda jak u nas, tylko inna a biedacy gadali po czesku, niemiecku lub rosyjsku nie będę wspominać. W roku 1982 ujrzeć na własne oczy tych co wojnę wygrali ale nie pod sowiecką flagą to było coś! Belgia, Francja czy Anglia były dla nas – dzieci komuny rajem, który dzięki temu, że potrafiłam sobie tę głowę między nogi wpakować mogłam na własne gały zobaczyć.

Ponieważ umieszczano nas w rodzinach zastępczych gdzie po wręczeniu „Angielskiej Mamie” prezentów w postaci lalek z Cepelii w sukienkach krakowskich, drewnianych koników, wieszaków osikowych z motywem traktora czy czegoś w tym stylu, zaczęliśmy być Anglikami. Przez dwa czy trzy tygodnie żyliśmy w innym świecie hodując angielskiego gluta pod nosem, pijąc herbatę inną niż sypana czarna i jedząc różne smaczne rzeczy co ich w Polsce nie ma a przywieźć z powrotem nie można, bo Pan Celnik zaiwani ci to na granicy a zamiast tego wsadzi cegłę.

Słyszałam wtedy o czymś co nazywa się Wesołe Miasteczko i nie polega na tym, że musisz strzelić z krzywej wiatrówki do Donalda Tuska ani powiesić się na 4 metrowym skrzypiącym łańcuchu w czymś co wygląda jak wyszczerbiona grzęda odbierając okiem błysk policyjnego koguta co na czubku się chwieje.. Nie mogłam się zatem doczekać aż pojedziemy do Clacton gdzie znajdował się największy w Anglii lunapark zbudowany na wodzie.

Ponieważ zawsze byłam za mała i za chuda, tak, że w zespole nie było ani jednej sukni pasującej na moje ciało tylko ubierano mnie w galoty aksamitne, kufajkę z koronkowym kołnierzem wielkości Wrocławia i beret z bażancim piórkiem plus wsadzano mnie w dłoń fleta, normalne było, że normalnie mnie na tego rollercostera nie wpuszczą.

Po pierwsze wpuszczali od 10 lat. Ja miałam sześć. Po drugie osoby, które mają powyżej metra iluśtam i brzdękną łbem o poprzeczkę aż im zagwiżdże ( tym panom Anglikom znaczy…) , że ten akurat może wejść. Po trzecie wielkie plastykowe szelki opadające od góry musiały coś zapiąć. Humanoida znaczy. W moim przypadku, czyli zaliczki na człowieka zapięłyby co najwyżej zaliczkę plus 3 metry sześcienne azotu z tlenem.

Będąc niezwykle pomysłowa wlazłam takiemu jednemu chłopu co stał za mną na buty i czekałam aż zrobi kroka. Chłop kroka zrobił. Puknęłam łbem w kijka, panom Anglikom zagwizdało a ja najpierw wpakowałam sobie za kurtkę swój beret, potem czerwony sweter koleżanki, potem foliową torebkę z pączkami co je zdążyłam nabyć w takiej budce obok, potem kurtkę koleżanki i dwa berety tych co ich nie chcieli stracić na wietrze. Plastyki jakoś mnie zapięły bo wielki bęben sterczał mi pomiędzy sztachetami a ponieważ na rollercosterach mają taki przerób, że co półtorej minuty rusza kolejny pociąg, nikt nie zauważył, że na siedzeniu pierwszym z lewej siedzi coś co wygląda jak spuchnięty kleszcz.

Z jazdy na cudzie owym, w którym się wtedy zakochałam okrutnie pamiętam tylko, że kiedy zeszłam na dół zielona jak trawa na wiosnę, po wydaleniu z siebie śniadania, obiadu i hot-doga na głowy Anglików – berety miałam w rękawach, pączki na plecach ( nie tylko te w celofanie ale też te, które wydobyły mi się otworem gębowym pod wiatr) , a czerwony sweter dyndał mi pod brodą jak podgardle koguta.

Nie zmienia to faktu, że Polak potrafi. To, że dostałam potem lanie od Ojca Dyrektora publicznie nie umniejszyło wcale mojego sukcesu, który sobie w tym miejscu może właśnie teraz dlaczegobynie bynajmniej teraz właśnie akurat teraz zadedykuję. Właśnie…

I teraz jak zwykle puenta…
Rzygając pod wiatr usiądź przed Ojcem Dyrektorem
Z wyrazami…
Redakcja



W związku z tym, że jestem tu zielono-żółta i wyglądam niesmakowicie wcale, zbliżenia wam nie zrobię :/

January 21, 2013

Lea Demolka wspomina dzieciństwo czyli PIERWSZY KONKURS na blogu Egomorphosis :)

Bo ja też kiedyś miałam dzieciństwo wiecie? Miałam ci ja to dzieciństwo niezwykle barwne i „Rodzina Adamsów” lub „Lśnienie” przy moich wspomnieniach to komedia rodzinna. Zwłaszcza traumatyczne przeżycia z okresu występów w takim jednym zespole dziecięcej muzyki dawnej, gdzie w grupie akrobatycznej, w ciżemkach i berecie wielkości Wrocławia z bażancim piórkiem fikałam koziołki, szpagaciki i inne rozgwiazdy, grałam na flecikach i innych glinhornach.

Nosiłam gacie z aksamitu ozdobione cekinami i brylancikami, kufajkę tudzież z koronkowym kołnierzem. Wyglądałam jak skrzyżowanie pazia Jana III Sobieskiego i myśli twórczej krawca z czasów kryzysu lat 80-tych.

Jeździłam czasami autokarami na eskapady koncertowe do ościennych państewek lub trochę dalszych. Pewnego pięknego dnia zdarzyło się pojechać do Rajchu autostradą. Małolaty-jak to małolaty czasami sikać muszą też. Kierowca Pan Henio zrobił więc przystanek i nakazał rozpełzającym się dzieciakom sikać w zwartej grupie ( co przy ilości sztuk 40 byłoby conajmniej trudne, zwłaszcza, że domieszali nam kilku boyów w welurowych gatkach)

Budziły we mnie wówczas podziw i szacunek panny z 5 klasy podstawówki, którym już coś zaczynało odstawać z przodu i biegały wyprostowane jak kołki kołysząc chudymi szyjami. Ale dla mnie były kimś w rodzaju idolek, bo miały poprzekłuwane uszy i w ogóle…

Panny z piątej klasy jak to idolki oczywiście nie wystawiły zadków na światło dzienne publicznie i poleciały gdzieś w krzaki między wysokimi trzcinami. Po chwili pojawiły się dźwigając pałki zerwane nad wodą.

Pałki ( takie sztuczne puchate wielkości porządnego ogórka) widziłam wtedy raz w telewizji i jako osoba ciekawa świata ruszyłam indywidualnie między trawy z żądzą w oczach. Przedzierałam się przez trzciny i ostępy bagna, pełna nadziei i zazdrości, która poliki me zabarwiła na kolor wydzieliny wątrobowej.

Bo wiecie ja już taka zazdrosna się urodziłam i nawet teraz jest mnie trudno naprostować.

Skończyłam swą kilkuminutową podróż w bagnie umazana po pas w szlamie z nogami zakleszczonymi między pałkami. Zostawiałam w bagnie swoje nowiusieńkie „Jaskrawo-Pomarańczowe-Żeby-Mnie-Było-Dobrze-Widać” kalosze, które moja biedna mama kupiła mi fuksem na wyjazd.


Zostawiłam tam również galoty od firmowego zespołowego tzw. kostiumu wyjazdowego ( turkusowe w granatowe kropki)

Finał był taki, że spędziłam 12 godzin siedząc niemal z gołym pupem zakryta chyba Trybuną Ludu wśród ryczących ze śmiechu piątoklasistek, bo graty były pozamykane w lukach bagażowych i nie miałam dostępu do torby.

Galoty zostały w krzakach, bo bagno jedzie jak nie przymierzając stopy harcerza po podchodach, ale miałam jedną pociechę.

Jedna z tych pięcioklasistek jest dzisiaj jurorką takiego jednego bardzo znanego programu, więc zacznijcie grzebać w odmętach butów, psów i kotków o zeberach nie wspomnę, bo na Grossboss.blogspot.com o Niej nie wspominałam z premedytacją :)))

I teraz nastapi uroczyście PIERWSZY OFICJALNY KONKURS z Give Awayem joł! NA BLOGU MEM.

Pytanie brzmi.

Wlep gały we zdjęcie /GrossBoss gra na bębnach/ i napisz mnie prsz...

Jak nazywa się ta jurorka i w jakim programie się pojawi?




Wszystkie osoby, które mi wyślą prawidłowa odpowiedź w komentarzach plus zostawią e'mail mogą dostać taką małą egipską nagrodę, którą możecie sobie obejrzeć poniżej. Czekam do końca stycznia. O tym kto dostanie tą piękną szkatułkę zadecyduję osobiście a ponieważ losować nie wolno, pozwólta, że uczynię to w inny sposób. Tajemnica Szefa :)



  



p/s nie musicie mnie polubić na Facebooku bo niepomiernie mnie wnerwia żebranina ogólna :]

December 11, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo

Kolonie fajne są nie? Fajne są te kolonie niesłychanie. Pewnie dlatego Dawcy Życia wysyłali mnie zawsze na te kolonie. Zupełnie jak jakiś Zdzisław Wędrowniczek. Wybijał 30 czerwca i Redakcja była pakowana przez bardzo sumienną Dawczynię Życia do plecaka, który wyglądał na mnie jak muszla kraba pustelnika. Ja, z kończynami chudymi i wątłymi, miałam tachać ten produkt myśli polskiej na plecach i jeszcze uśmiechać się wesoło i radośnie, bo czekało mnie poznanie z nowymi koleżankami i kolegami z innych szkół. Super.

Przechlapane na samym początku, kiedy chwiejąc się na wietrze obok autokaru marki Ogórek z jednej strony usiłowałam utrzymać się w pionie i nie legnąć na glebę jak żuczek gnojarek a z drugiej strony pokazać szczerbatej gawiedzi z 3 i 4 klas oraz również starszej gawiedzi, że ze mną to żartów nie ma i w ogóle fajna jestem, bo jestem fajna. Zęby mnie już trochę wyrosły wtedy na przedzie i z boku, tak, że żuć miałam czym i nie plułam przy pożegnaniach a z drugiej strony czułam się jak weteranka co wojnę widziała. Bo to całe wyjeżdżanie z zespołem sprawiło, że ani Bęsia, Ostrowiec Świętokrzyski czy Szalejewo straszne mi nie są. Jak ktoś się topił w bagnie w NRD i jarał kiepy w Czechach to co to dla niego takie Jasło. Zwłaszcza w roku 1983. Nastawiałam się zatem na to, że nie zawiążą mi na szyi chustki w kolorze „Pust wsiegda budziet solnce” czy „Maki na Monte Casino” i nie będę musiała wyglądać jak idiota.




Bo to taki zwyczaj. Wychowawcy dobierają się według stopnia wrodzonego sadyzmu a ja dostaję najgorszego trampka jaki może być. Trampek dzwoni już na drugi dzień do Dawców Życia z płaczem błagając o odebranie Klona z placówki. Ja w tym czasie spokojnie wyjaśniam grupie „Jagódek” czy innych tam „Krasnoludków”, że wychowawca jest jeszcze po podróży na Aviomarinie lub napił się wody brzozowej i dlatego teraz łka do słuchawki.

Kolonie moje zaczynały się więc od chóralnego skowytu kolegów na widok olbrzymiego plecaka-tobołka w kolorze brązu, potem wsiadaliśmy do tego PKS-u. Ja oczywiście na końcu, bo zapocony kierowca Marian ni wuja pana nie chciał wsadzić mojego plecaka na początku. I było bez znaczenia czy to był Marian, Stanisław czy Rych. Zawsze to samo. W autobusie już się pousadzali a ty stój! Dopiero kiedy mieli odjeżdżać, kierowniczka kolonii dostrzegała, że obok luku, co go już Marian zamyka stoi plecak, zza którego wystają cztery patyki. Znaczy Kolonista Redakcja czeka na okazję. Koloniście Redakcji przy akompaniamencie wrzasków kierowniczki zdejmowano z pleców tobół i zapraszano do autokaru.

W PKS-ie wlepieło się we mnie czterdzieści par oczu różnych maści. Pary oczu siedziały parami zajmując całą przestrzeń ogórka. Kierowniczka, która zawsze siedziała z przodu, drapała się wtedy w głowę z fryzurą Trwała-Rozczesany-Pleśniak i z westchnieniem rozkładano dla mnie takie dodatkowe krzesło z przodu obok kierowcy. Mariana, Stanisława lub Rycha. Zagjebiście byłam zadowolona, bo mogłam sobie pooglądać polskie sioła i wioski podczas gdy pary oczu siedzące parami musiały wąchać śmierdzące zasłonki okienne i domyślać się co widać za kawałkiem szyby.


W trakcie trasy trzech albo czterech kolonistów oddawało swe śniadania plus Aviomarin na kolegę siedzącego obok a ja urabiałam kierowcę coby nie robił przystanów wtedy kiedy nadchodził przypływ z tyłu tylko z przodu. Po dotarciu na miejsce, znałam już rozkład przemiany materii kierowniczki i wiedziałam jak wygląda połowa zadków w autobusie.



Na miejscu, kiedy koloniści czekali na odbiór bagażu, ja już dawno zdążyłam zatrudnić mojego nowego przyjaciela Mariana do zatachania olbrzymiego plecaka do miejsca zamieszkania. Czyli szkoły lub też innego tego typu gmachu użyteczności publicznej. Ośrodka wypoczynkowego Predom Eda na przykład. Tutaj następowało apogeum wstępu czyli dzielenie na grupy i przyznawanie chust w kolorach prawomyślnych. Pokemony w różnym wieku z wywieszonymi jęzorami rzucały się na darmowe kawałki stilonu a potem grzecznie zawiązywały je na szyjach. Ja swoją chowałam w jednej ze stu kieszeni plecaka, bo imaż Sowieckiego Sojuza był mi wrogiem od lat pacholęcych i zęby bolały mnie jak mnie się coś plątało pod szyją. Zazwyczaj też dostawałam w grupie osobniczki płci tej samej w wieku podobnym do mojego ale no cóż tu dużo mówić. Reality show pt. „Kolonia karna” dopiero po dwóch dniach nabierało smaczków pierwszych koalicji, gdzie związki zawodowe kolonistów wybierały nie mnie na przewodniczącego grupy „Fraglesów” a grzyb z drewnianych kratek pod prysznicami, gdzie na gwizdek wychowawczyni pędzono nas do kąpieli powoli acz stanowczo rozgaszczał się na stopach rezydentów.

Szczytem szczytów były kapiele zbiorowe dla nudystów. Pani Trampek w opalaczu ( bo wtedy nie było kostiumów ani bikinii tylko opalacz) i w czepku na głowie nakazywała nam ubrać się na golasa i oltugezer mydlić się tudzież pomocną być koleżankom. Ręce me rwałyby się i może do mydlenia koleżanek, gdybym wtedy była w swoim wieku, lecz pajęczaki nudyści nie za bardzo działały na moją wyobraźnię. Punkt 1 sadystki Trampka był więc dla mnie zupełni nie do przyjęcia, zwłaszcza, że moja rzyć to moja sprawa i nikt, powtarzam nikt nie będzie mey rzyci za darmochę ugniatał mydląc. Ani ja nie będę mydlić rzyci publicznie.

Dlatego też weszłam w swój opalacz, czym wzbudziałam powszechną dezaprobatę. Czyli jak zwykle tak samo tylko inaczej.
Nie wiem, czy próba zdarcia ze mnie opalacza przez Panią Trampek była molestowaniem seksualnym. Wiem tylko, że próba obrony poprzez zdarcie z Pani Trampek jej opalacza nie była. Może dlatego, kiedy goła watacha dziesięciolatek obaczyła pierwszy raz w życiu prawdziwego Younka, zaczęła wrzeszczeć ze strachu. A to dziwne :/ Pewnie do tej pory wrzeszczą w łazience kiedy się kąpią

Czego wam nie życzę
Redakcja ( która chyba nie powinna dzisiaj dodawać puenty

My Facebook.

November 30, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo... czyli przypowieść o rombach, faunie i stolicy'1979

Jak już kiedyś napomknęłam narodziłam się w anno domini 1974 w dziurze octem i pomarańczowym amerykańskim serem płynącą, gdzie wielką atrakcją były wyprawy autobusowe do sklepów w takiej drugiej dziurze, w której to dziurze było o dwa sklepy więcej niż w dziurze pierwszej. Jakowoż dziury te znałam już dokładnie a i widok pustych półek znudził mnie okrutnie, ogromną atrakcją była dla mnie wiadomość, że Dawcy Życia zabierają mnie do stolicy Rzeczpospolitej Ludowej.


Mianowicie rodzina Dawcy Życia zamieszkiwała ową stolicę i pobliskie sioło i trzeba było raz na jakiś czas odwiedzić rodzinę ową. Prykającym małym fiatem prykaliśmy więc 240 kilometrów z kilkoma przystankami na sik-pauzy i zawsze było to dla mnie ogromne przeżycie, kiedy podczas postoju mogłam pooglądać kupy poprzedników jak i oberwane dokumentnie z liści okoliczne krzaczki.

Wtedy chyba była taka moda, że modne i trendy było używanie wytworów przyrody do tej mało wytwornej czynności bo papier toaletowy to był delikates, więc używało się go od święta lub szpanowało girlandami na szyjach lansując się po mieście. Co prawda słowo delikates oznaczało w roku 1979 nie mniej ni więcej na przykład bombonierkę, której zabrakło albo torcik wedlowski, którego jak zwykle nie dowieźli. Mniejsza z tym.


Chciałam tu bowiem napomknąć o tym, że Warszawa była dla mnie jakimś koszmarnie ogromnym skupiskiem spódnic kraciastych i kwiecistych podobnych do mojej Dawczyni Życia. Nie oznacza to oczywiście, że Dawczyni Życia malowała sobie na twarzy szachownicę tudzież łowickie wzory. Nosiła tylko takie ciekawe stylistycznie spódnice w romby i w inne wzory, także patrząc na tłum falujących kiecek miało się wrażenie, że jesteś w jakiejś dżungli matematyczno-filozoficznej.

Potomek Redakcja w ramach edukacji została zabrana przez Dawców na 40 piętro Pałacu Kultury i Nauki, skąd miałam doskonały widok na domy towarowe Centrum oraz smutne i puste place, które oczekiwały aż ktoś na nich wybuduje Mariott, Galerię Mokotów, Blue City lub Atrium Tower. Warszawa przywitała mnie oparami benzyny żółtej i niebieskiej, zmysłowo wymieszanej z azotem i resztką tlenu. Katalizatory jeszcze się wtedy nie wykluły a o bezołowiowych napełniaczach baków mało kto słyszał. Nie mówiąc o paliwach ekologicznych.

Następnie potomek Redakcja została zabrana na Dworzec Centralny, gdzie zgłupiała do reszty.


Wszędzie mijały mnie romby, które na głowach nosiły czapki z lisów i berety włóczkowe. Kobiety Warszawy bowiem lubiły bardzo mieć na głowie martwe zwierze. Najlepiej żywe. To znaczy najlepiej naturalne wyglądające jak żywe, z dodatkiem plastikowych oczu i wywieszonych jęzorów. Najlepiej lisa. Jakaś taka no wiecie… Tendencja. Tradycja też. Wiosna, lato, nie ważne. Zwierze ważne! Dziwne, że mu się oczko nie odlepiło. Temu lisu :/

Ponieważ akurat Dawcy Życia musieli coś załatwić w kasie czy już nie pamiętam co ( a to dziwne… :/ ) Potomek Redakcja niecnie mu się odlepiła od ręki. Temu Dawcu. I w tym momencie ślad po niej zaginął. Koniec. Nie ma. Klona szlag trafił. Ja to się teraz dziwię, że akurat wtedy powinni mnie byli wyprowadzić do tej Warszawy na smyczy, ale chyba im nie za bardzo wypadało wlec po glebie pięciolatkę na uwięzi. Ja tam nie wiem. Jakbym miała takiego Klona to bym wlokła.

No to odłączywszy się na tylko jeden malutki momencik od spódnicy znanej bardzo usilnie postanowiłam odnowić kontakt wzrokowy coby się nie zgubić. Odnowiłam kontakt, złapałam kieckę i idę.

Idę… Idę…

Nagle z góry odzywa się srogi wrzask

” A puśćże mnie dziecko drogie! Czegoż siem czepiasz!”

Podnoszę gały na wykrzyknik bo odgłos paszczą mnie się nie zgadza całkowicie i w szczegółach. Nade mną otwiera się obca jama gębowa nijak niepodobna do Pani Matki w romby ubranej. Obca jama gębowa też nosi romby ale nie te romby co potrzeba tylko inne.

W przeciwieństwie do innych Klonów ten o którym tu rozmawiamy nie stanął jak słupek sztywno na Nowym Świecie tylko rzucił się w tłum i począł inwigilować okolice dolne okalających mnie bab.
Począł również zawodzić nieśmiało pod kulfoniastym nosem wydając srogie stęknięcia i usiłując zobaczyć coś więcej niźli dolne partie ludzkie.

Ponieważ stęknięcia nie przyniosły rezultatu poszedł sobie powrzeszczeć do miejsca, które jak uważał da mu lepszy podgląd na ogólny pogląd.


To może ja już nie będę tutaj za bardzo ujawniać akcji poszukiwawczej za pomocą panów w mundurach. Bo wiecie. Podczas gdy ja sobie wesoło dyndałam nad torami po drugiej stronie balustrady oni przetrząsali berety pań w rombiastych spódnicach raglanowych. Mnie ogladało jakieś 200 osób zebranych na peronie i machających kończynami jak jakieś wiatraki, a oni przesłuchiwali w tym czasie babcię klozetową Panią Wirdżinię Jodełek.
Dawcy Życia okazali się oazami spokoju i nie dokończyli dzieła spychając mnie pod pociąg relacji Warszawa-Ryki. Może to stan przedzawałowy wytworzył w ich krwii dodatkową ilość endorfin. Nie wiem.

To może teraz dla odmiany puenta
Nie każdy Dawca to Romb w berecie chociaż czasem narombany być może…
Z wyrazami
Redakcja


My Facebook.

November 21, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo :)


Patrząc na moje buty Słodowego Adama, które nareperowałam śrubko - naszły mnie znowu wspomnienia...



Wspominałam sobie je siorbiąc nosem i chlipiąc w klawisze. Potem wytarłam klawisze z produkcji własnej i zamiast pisać, wlepiam Wam tutaj odcinek Lei Demolki lekko fotograficzny. Wiąże się to z inicjatywą mojej Siostry, która wydłubała z czeluści strychu slajdy z lat 70-tych i 80-tych, gdzie widniały dwie chude pieczarki. Te dwie chude pieczarki to uniżenie podpisana Redakcja i Ikarus. Slajdy zostały zeskanowane w ilości sztuk 70, powodując u mnie nadprodukcji wodnej z gałek ocznych.


















Jak Państwo zdążyli zauważyć, nosimy bardzo gustowne stroje, czyli kombinezony i berety produkcji PRL, spodnie wełniane oraz betonowe podpórki nowo budującego się miasta socjalistycznego.
Jesteśmy również wyposażone w ubrania produkcji polskiej fabryki ubrań z Nowego Sącza i z GieESu oraz wannę plastykową, do której w ramach dożynek działkowych, zbierane były plony Obywateli Działkowców Rzeczpospolitej Ludowej. Na skrzyni znajdują się produkty polskie typu flamaster i długopis. W skrzyni dwie łopaty, gracki i grabie Dawców Życia.

Na kolejnym slajdzie znajdą Państwo myśl techniczną PRL-u czyli wersalkę, taboret i zupę zacierkową, ktora była pyszna i którą jadłam około 2 godzin. Pod koniec jedzenia, zupa zacierkowa wyglądała jak dwukrotnie zjedzona, zawierała kożuch powierzchniowy a połowa niej znajdowała się na podłodze, taborecie i narzucie właśnie.

Wyprowadzano mnie również na górkę, gdzie zrzucano mnie na dół zaraz za sankami. Dawcy zakładali nam kożuchy bezpieczeństwa a na łeb wełniane kaski.

Na sam koniec Rodzynek-Redakcja i jej słynne rącze jak sarenki nogi, które potrafiła wyginać we wszystkich kierunkach. To pewnie po to wcielono mnie do grupy akrobatycznej i wożono na turnee.
/ o moich tournee z zespołem muzyki dawnej, w którym wystepowałam z bardzo znaną aktualnie panią od mody wkrótce. Wkrótce tez kompromitujące zdjęcia szczerbatej Redakcji razem z to panio/

To ja może już wrócę do tego strugania a Was zostawiam w nastroju mam nadzieję sentymentalnym. Zwłaszcza roczniki 1974-1980. Zwłaszcza tych, którzy zdążyli się zapoznać z oralną wersją początków mojej egzystencji w tych na prawdę dziwacznych czasach.

Bo czasy rzeczywiście były dziwaczne :/

Urodziłam się w PRL-u, dorastałam w prywacie a wylądowałam w wirtualnej rzeczywistości... A dzisiejsze dzieciaki? Urodzą się w wirtualnej rzeczywistości, będą dorastać w erze III Wojny Światowej i końca świata Majów a gdzie wylądują, tego nie wie nikt... Może na Marsie?

Z wyrazami
Redakcja

My Facebook.

October 30, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo czyli opowiadanie o tem co każdy przedszkolak na łbie nosi.

Ponieważ tak się szczęśliwie złożyło, że Redakcja tego bloga wylęgła się na światło dzienne w czasach komuny, może was obecnie uraczać różnymi pikantnymi opowiastkami o ówcześnie panujących zwyczajach. Jednym ze zwyczajów owych było to, że zawsze wpakowałam się w jakąś kabałę i nastrzelałam wstydu mojej Szanowne Mamie. Już od najmłodszych lat wykazywałam wiele inwencji twórczej w doprowadzaniu Dawczyni Życia do tak zwanej „kurwicy”

Z zamierzchłych czasów owych pamiętam kilka słabych przykładów, które was niemiłosiernie znudzą, tak, że zamiast czytać dalej tą notkę, walniecie klepiskiem czoła w klawisz zasypiając na dwie godziny.

Z dziury w której się ulęgłam trzeba było teleportować się na większe zakupy do drugiej dziury, która to dziura miała o dwa sklepy więcej niż dziura pierwsza. W związku z powyższym wymagane było odstać swoje w kolejce do PKS-u-Ogórka, który to środek lokomocji miejsc miał 40 a chętnych do niego stało tylu, że nie mogę wam w przybliżeniu powiedzieć bo Dante by się schował przy tym co tam się w sobotnie ranki wyprawiało.

Moja biedna mama wyciągnąwszy mnie z łoża zwanego amerykanką( bo ja lubię generalnie przebywać za granicą) zabierała moje mikre 5 lub 6 letnie ale bardzo pyskate kurduplowate i zaspane ciało do owego przybytku zadymy autobusowej. A bo na przykład trzeba było wystać w kolejce jakieś buty albo inne gacie albo na przykład czekoladę czekoladopodobną lub czekoladoniepodobną.

No więc idziemy, oczy moje wielkie jeno trochę skośne jak u zaspanego Chińczyka. Na placyku przed WSS-sem oczywiście już starsze panie z okrzykami na umalowanych różowych ustach błyskają groźnie oczami w kolorze błękitu i jadowitej zieleni. Rzęsy osypują im się na policzki z tego podniecenia ( bo młodzieży przypominam, że w tamtych czasach tusz do rzęs to był taki kamień, na który musiałaś napluć, zamieszać osobną szczoteczką i taką to zawiesiną uczernić odrosty nad powieką)

No więc towarzystwo w kolejce do kolejki do kolejki co tam zapisy są do tego PKS-u wnerwione ostro, bo to na czczo i poranną porą nie opłaca się być miłym.
Moja biedna mama także niezbyt wyrośnięta kombinuje jak tu się wepchnąć między wygłodniałe i wściekłe ciała. Mówi do mnie:

- Córko Leo. Zostań tutaj i pilnuj ogonka a ja pójdę kupić bilety.

- Dobrze mamusiu - mówię grzecznie i tupię nerwowo stopą ( bo ja nerwowa jestem wiecie sami najlepiej).

Mama poszła, a ja patrzę na bardzo duże dupy, które są akurat w okolicach moich oczu i te dupy się przepychają nawzajem a nad dupami rozlegają się rozmaite okrzyki wojenne i słowa, którymi teraz często operuję ale nie będę dawać dzieciom złego przykładu.

Łapię więc pierwszą z brzegu dupę za spodnie i potrząsam.

” Proszę Pana a ja mam wszy…” – dupa odsuwa się nerowowo na prawo.

Krok

Łapię więc drugą z brzegu dupę za spódnicę i potrząsam.

” Proszę Pani a ja mam wszy…” – dupa odsuwa się nerowowo na lewo.

Dwa kroki

Mama kupuje bilety, wraca do kolejki i widzi swoją córkę z wyszczerzoną twarzą za oknem w PKS-ie.

No wiecie. Kierowca mnie tam posadził jak dupy rozstąpiły się niczym Morze Czerwone a Redakcja zameldowała kierowcy, że mama już biegnie z biletami. Nie musiałam już go informować, że mam wszy, bo nie musiałam.



Dlatego drogie dzieci. Jeśli jeszcze nie śpicie z głową na literach PJKNGDS informuję, że informacja o posiadaniu wszów lub wesz jest czasami bardzo przydatna. Zwłaszcza w kolejkach, zwłaszcza rano w autobusie, zwłaszcza jak jest tłok.

October 26, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo


Pewnie kilkoro z was pamięta zimę stulecia. Rok był chyba 1982 . Nominacja do Zimy Stulecia zotała przyznan po tym kiedy łopatami trzeba było sobie wykopywać wyjście z bloku, wychodząc najpierw przez okno na parterze. Polegała na tym również, że krajobraz nizinny zamieniał się w krajobraz górski a górkami były wtedy nieliczne samochody marki Fiat 126P (na talony!) lub co bogatszych Fiat 125P. Niektóre pagórki kryły pod sobą Syrenki Skarpety lub Trabanty od zaprzyjaźnionych przyjacioł z NRD. Moja rodzina z racji klasy średniej otrzymała talon na samochód Mały Fiat i zostaliśmy dumnymi posiadaczami owego wozu w kolorze brudnej sraczki z domieszką szarości przełamanej szarością. Miasto zamarło jak prehistoryczny gad w Epoce Lodowcowej a tłumy robotników Rzeczpospolistj Ludowej do Zakładu Żywiciela Rodziny czyli do Predom Edy ( to ci od lodówek) chodziły na piechotkę lub miłosiernie oczekiwały na wykopanie wąwozu w opadzie białym.

No ale co to ja miałam…. 

Acha! 

Dawczyni Życia zrobiła prawo jazdy! Prawdziwy sukces zważywszy, że jeździła tylko tym Maluchem. No ale jeździła. Trochę… Potem rolę Nadwornego kierowcy rodziny  przejął Dawca Życia.
Kiedy śnieg trochę stopniał Macierz pakowała się do Nowego Fiata i prykając na boki dojeżdżała do miejsca pracy. A pracowała w terenie odwiedzając ubogich i potrzebujących pomocy socjalnej. Opon zimowych wtedy nie znano, także Maluch robił bokami zwiedzając okoliczne wioski i sioła, parkując przy oborach i stodołach. Dawczyni Życia jak zwykle wywiązywała się z obowiązków wzorowo ( co po niej niejako przejęłam w genach) i dzięki niej babuleńki z Kraczewic czy z innych tam zadupiów dostawały zapomogi.


Pewnego zimowego dnia popiardując szczęśliwa, że już wraca do domu ( znaczy popiardywał wóz a nie Macierz) obaczyła na poboczu jakąś półtorametrową zakutaną w cztery koce BABCIUSIĘ  co tachała dwie ogromne siatki. Babuleńka toczyła się srogo w zaspach i chyba siła ciążenia siatek utrzymywała ją w pionie. Dawczyni Życia wzruszyła się okrutnie losem nieboraczki, zatrzymała Malucha i zapytała czy staruszki nie podrzucić. Babcia ucieszyła się jakby wygrała sto złotych, uśmiechnęła się gołym dziąsłem i zaczęła pakować się na tylne siedzenie 126P. Macierz upchnęła babulę z tyłu, upchnęła dwie torby, upchnęła okrycie wierzchnie przypominające namiot Beduina i jedzie.


Jedzie, jedzie… 

Babciusia błogosławi ją na wszystkie strony, gdacze jak to babuleńki potrafią o córce co to w mieście mieszka i zaraz ją zobaczy, o wnusiach co czekają na babcię, o pasztecie co im zrobi na kolację, o srogiej zimie i o tym, że musiałaby cztery kilometry na piechotę się toczyć gdyby nie Mama.

 Jedzie… jedzie… 

Dojechała.

Wyciągnęła babcię z samochodu, wyciągnęła 20 kilo odzieży, dwie siaty wyciągnęła i wtedy zaczęła wrzeszczeć.

Matka wrzeszczy, no to babcia też wrzeszczy. A jak wrzeszczy Matka i babcia to już jest wydarzenie o charakterze społecznym. 

W ramach pomocy sąsiedzkiej przylatuje więc Pani Słonina i kilka innych osób, zaglądają do samochodu i też zaczynają wrzeszczeć. Dawczyni Życia rzuca się na babuleńkę, babuleńka zaczyna uciekać. Macierz goni ją dzielnie celem obaczenia czy to okrągłe w kratkę żyje czy tylko udaje. Okrągłe gibie się dzielnie z siatkami bo goni ją zapewne zboczona wariatka. Nie ważne! Podwiezła czy nie podwiezła, dziwna jakaś.
Rzeczywiście. Gdybyśta to wy zobaczyli na tylnym siedzeniu dwa litry krwi, co spłynęła na dywaniki gumowe też byśta te babcie gonili. 
Chociaż jak na zwłoki zachowywała się dosyć żwawo.

Ekhe! No to może puenta?
Po ubiciu króliki zawiń najpierw w reklamówkę a dopiero potem wsadź do torby
Z wyrazami
Redakcja

October 23, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo czyli przypowieść o basenie

Dzisiaj będzie sroga niezwykle przypowieść. Dlatego też bardzo proszę jej nie czytać, bo grozi to rozszepieniem osobowości, z których pierwsza będzie posiadać IQ muchomora sromotnikowego a druga IQ krowiego placka wesoło wylegującego się na łące.

(...)
Już?
(...)

Przypowieść będzie traktowała na temat jak zwykle własny z przeszłości zamierzchłej, kiedy Redakcja pacholęciem była. Pachole płci wówczas niesprecyzowanej albowiem pieczarka na kijku płci nie posiada, zostało koedukacyjnie skierowane na basen kryty.

Ponieważ domyslam się po waszych komentarzach, że zaraz wyobrazicie sobie mnie nakrytą nocnikiem, z kiszką stolcową na wierzchu wpuszczoną w torebkę z celofanu, pozwolita, że wyprowadzę was z błędu. Basen był kryty, nie ja. Basen był również wyposażony w parę Wrzeszczaczy w podeszłym wieku. Wrzeszczacz Zygmunt dorósł do długości 190cm i wieku 65 lat. Wrzeszczacz Zygmunt posiadał potworną ilość włosów nad smagłą twarzą i najgłośniejszy baryton jaki w życiu słyszałam. Nadmienię, że baryton Zygmunta odbijał się od kafelków z taką siłą i szybkością, że gdyby zabłąkał się tam nietoperz, biedak zapiergoliłby łbem w ścianę na pierwszym wirażu zabity ultradźwiękiem. Oczywiście nie Zygmunt, tylko ten nietoperz. Wrzeszczacz Zygmunt posiadał na wyposażeniu około 10 skrzypiących, gumowych czepków kąpielowych ( w tym jeden z kwiatkiem), dwadzieścia par klapek z resztkami odmoczonej skóry poprzednich użytkowników, około 50 wieszaków na ubrania, przenośny telewizor radziecki, radziecki termos ( ukłony drogi sąsiedzie) i żonę Gienię.

Żona Gienia posiadała najbardziej jazgotliwy sopran jaki w życiu słyszałam. Sopran na dźwięk którego całe rodziny watachami wyskakiwały prawie na golasa z szatni, bo czas się kończył. Wrzeszczacz Gienia rządziła w szatni damskiej a Zygmunt w męskiej.

Po pierwsze. Idąc na basen byłeś pewien, że prawie na pewno cię z niego wyrzucą. Po drugie byłeś pewien, że jeden z Wrzeszczczów na ciebie nawrzeszczy. Ponieważ była bieda i klapki japonki były tylko w dużych rozmiarach, ja niejako zawsze musiałam do Zygmunta gębę otworzyć coby poprosić o klapki. Inaczej ni wuja pana nie weszłabym do szatni, gdzie przyczajona jak gepard czychała Genowefa. Klapciory te ogromne zakładałam na skarpety i za drzwiami od razu zdejmowałam je, bo odpady po pływakach zwłaszcza te ze stóp nie mogły mieć ze mną kontaktu. Skarpy mokre jak szmata przyczyniały się więc do czystości ogólnej przybytku owego.

W przebieralni wyskakiwało na mnie ogromne babsko z okrzykiem Masz 5 minut na założenie gaci i czepka! Inaczej byłam wyciągana za czepek w majtkach własnych co ich nie zdążyłam zmienić. Jak już zdążyłam z tym czepkiem i kostiumem, Pani Gienia kierowała zastraszone stado kobiet i dzieci płci mojej pod obowiązkowe prysznice, bo bez prysznica nie wpuszczno. Nie wiem wurwa dlaczego. I tak miałam być mokra. Część kobiet z szatni Gieni leczy się teraz pewnie u psychiatrów, albowiem nie wiejdą pod prysznic jak nie nawrzeszcy na nią mąż. O czepku nie wspomnę.

Dobra :/

Tego dnia jak zwykle skierowano naszą klasę na pływalnię. O dziwo udało mi się ominąć Zygmunta, który rzucił się ze swoją siwą szopą na kolegę Malinowkiego. Malinowski zapomniał zdjąć buty i za karę dostał zakaz kąpieli. Pan od WF-u też by dostał, ale nie mógł, bo musiał nas pilnować. Kiedy usiłował przepraszać Wrzeszczacza za kolegę Malinowskiego, Zygmunt o mało nie uśmiercił go decybelem. Uzgodniono konsensus i Malinowski poszedł pływać. Na 20 minut. Taka kara. Żałowałam, że to nie ja, bo wstręt do krytych basenów mam od zawsze.

Na basenie było jak zwykle nudno. Chłopaki ściągali dziewczynom gacie i biustonosze z płaskich klatek. Dziewczyny ściągały chłopakom gacie, za to nie ściągały im biustonoszy. No nuda mówię wam.
Po 10 minutach otworzyły się drzwi od męskiej przebieralni i zobaczyłam szybującego Malinowskiego. Pewnie Zygmunt podarował mu napęd własną nogą. Wszyscy rzucili się do kolegi, żeby go pocieszać. Ja w tym czasie pokonywałam bardzo długi dystans pływacki - jakieś 5 metrów i puchłam z braku kondycji. Mogłam w sumie sobie spokojnie osiąść na środku trzymając się takiej liny, co rozdziela tory pływackie, ale wolałam spróbować czy jak się zacznę topić, to uratuje mnie Pan Ratownik. Ach... co to był za ratownik! Wszystkie dziewki do niego piszczały jak te kaczuszki w wannie. Oprócz mnie. Ileż to razy widziałam jak koleżanki siniały na moich oczach puszczając bąble paszczami aż bańki szli i wydawały z siebie skrzeki topielców. Pewnie myślały, że Pan Ratownik jako ten szczupak skoczy na nie z podestu i wyniesie na brzeg wpijając się karminowymi ustami w szczerbatą gębę denatki. I znowu nuda. Nie było ani denatki ani akcji ani nic. W sumie to głupie te baby jak nie wiem co. Powinny łyknąć chlor, opaść na dno a potem wytoczyć gościowi proces o molestowanie.

Odlepiłam się od liny z tej nudy i płynę. Płynę... płynę... płynę... Nagle na horyzoncie zamajaczył mnie się jakiś kształt obły. Co jest? - myślę. Nabrałam powietrza i zaczęłam grzmocić kończynami normalnie jak Otylia Jędrzejczak. No normalnie nie wiem jak, normalnie. Wyprułam karykaturą kraula jak jakaś barakuda co poluje na śledzia.
I to był mój ostatni raz kiedy poszłam na basen.



Nie wiem czy ktoś z was uciekał kiedyś przed pływającą kupą. Ja tak. Wiem tylko, że wtedy pierwszy raz goniło mnie gówno. Do tego powierzchniowo-pławne. I chyba tylko wtedy wrzeszczałam głośniej niż Zygmunt, Gienia i Ratownik razem wzięci. O Malinowskim nie wspomnę.
Może tylko dodam puentę.

Podstawowym wyposażeniem Słonecznego Patrolu powinna być siatka na motyle

Z wyrazami
Redakcja

October 11, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo


Zima, zima :/ Choroba, glut i lód. No właśnie. Lód.

Dzisiaj będzie właśnie o właściwościach organoleptycznych lodu. Rosyjsko-polskich.

Uczęszczałam ja Mociumpanie do szkoły. Jak każdy pod przymusem w tym kraju ludzi wolnych od 18 roku życia. Podstawówka stała jak stoi, tylko była młodsza. Ja też. Przypowieść działa się w roku 1984, kiedy trzecioklasista Redakcja zapychała w bardzo srogą zimę powiewając glutem długości węża boa. Zapychałam przez zaspy i śniegi trzeszcząc szczerbami między szczękającymi szczękami. Obok szkoły mieścił się piękny budynek, gdzie czasem mieszkał ambasador ZSRR. Tak go umiejscowili normalnie. Obok nieletnich Polaków. Przyszłości naszej Ojczyzny. Dom ambasadora okalało kute ogrodzenie wykończone złotymi strzałkami. Do tego po raz pierwszy widziałam tam domofon.

Koledzy Redakcji znajdowali sadystyczne ujście pary w nacieraniu naszych gęb śniegiem brudnym, z ulicy zebranym, a zwłaszcza wtedy, kiedy z nosami jak gaśnice czerwonymi wracałyśmy z WF-u mokre po kolana. Od razu zaznaczam, że mokre od dołu po kolana a nie od pasa po kolana.

Tego dnia po szkole wlazłam na grupę znaną mi z owych praktyk. O dziwo grupa stała przy balustradzie radzieckiej robiąc pikietę. Strażnicy, którzy sztywnieli w budce na rogu, patrzyli smętnie na gnoi nie reagując na nielegalną pikietę. Może dlatego, że ambasador pojechał sobie w cholerę do Moskwy lub za Ural napić się wódki. Tłumek gęsty, gęstniał coraz to bardziej. Ponieważ zawsze muszę wiedzieć o co chodzi, zwłaszcza wtedy kiedy nie wiadomo o co chodzi, wydłubałam sobie dziurę w ludziach i dostałam się w środek akcji „Język”

Kolega Malinoski razem z Kolegą Wilczakiem lizali sztachety. Po co wtedy nie wiedziałam. A jak czegoś nie wiem, to pytam. No więc pytam:

Kolego Malinoski, Kolego Wilczak, a czemu wy liżecie te sztachety?
Przylepiamy się na czas” – odpowiedział Kolega Wilczak. „Założyliśmy się o hacele kto dłużej wytrzyma”

Teraz przerwa reminiscencyjna.

Hacele chciał każdy mieć. Kto nie wie co to hacel, niech sobie znajdzie konia, złapie go za kopyto i zapyta dlaczego już ich nie używa. Grało się nimi w podrzucanego-zbieranego na punkty. Oprócz tego ten, kto miał najwięcej haceli miał najwięcej kolegów. Ja do tej pory miałam cztery, ale chciałam więcej. Pytam więc grzecznie o ile haceli założyli się koledzy? A o sześć. Świeczki stanęły mi w oczach, bo już wyobraźnia zrobiła swoje, byłam popularna i miałam dziecięć haceli.

No mówię wam. Jak ja się zamachnęłam tym łbem. Jak ja mówię wam wywaliłam ten jęzor. Jak ja mówię wam polizałam ten produkt polski dla Rosji. Od samego dołu do mniej więcej metra dwudziestu miałam zamiar.

Tak około 80 centymetra utknęłam razem z moim niehigienicznym językiem i przylepiłam się do żelaza. No i wtedy się zaczęło.

Sto sposobów na oderwanie Redakcji od terytorium obcego Państwa. Ponieważ darłam się jak kotka w marcu, po 20 minutach z domu ambasadora wyleciała jakaś baba. Baba zaczęła na nas wrzeszczeć po rosyjsku i próbowała mnie siłą od tego płotu oderwać. Ja nie wiem jak to wyglądało z boku, ale chyba dosyć srogo, bo jeden ze strażników chrzęszcząc podszedł do nas, żeby nas zganić. Mogli mnie ganić i w 10 osób, ale to na nic, jak mogłam przypuszczać, bo z mięśnia poszła mi już posoka.



I może teraz puenta

Najlepszym sposobem na rozpędzenie wrogiej DEMONSTANCJI jest woda z samowara

Z wyrazami
Redakcja

October 10, 2012

Zimno wurwa czyli opowieść o kożuchu. Tureckim

Pamiętam jedną historię, którą tu dzisiaj przytoczę.
Historie opatentowałam 26 lipca 2005 roku i jako, że mój blog LeiDemolki powoli przenosze na Ego oraz, że mi dzisiaj CHOLERNIE zimno, nadszedł czas o opowieśc o kożuchu.


Onegdaj właśnie Krzych zza ściany obchodził święto Krzycha zza ściany. Dzięki temu mogłam spotkać się wesoło i radośnie a z resztą a rodziny, która po kilku butelkach wina poczęła wyciągać z gardeł opowieści o czasach zamierzchłych. Po pierwsze dowiedziałam się, że Bardzo-porządny-wujek również dawał w szyję księzycówką i dostępną w czasach PRL-u produkcją polskiej myśli twórczej z czerwoną nalepką. Co w przypadku wujka dziwne, jest to osobnik niezwykle i sugestywnie stroniący od mocniejszych uciech kulinarnych. Za to chodzi do kościoła. W wolnym czasie uprawia sztukę, jak i reszta familii wujka. Artystyczna dusza. Bez szczegółów, bo to persona raczej popularna i znana w kręgach muzycznych. uhm…

Ten to właśnie wujek w czasach, kiedy jego słabe aktualnie włosy nie były jeszcze takie słabe a i nie sterczały pojedynczo w kosmos, nosił fryzure podobną do mojej fryzury kiedy byłam pacholęciem, czyli na grzybka. Czoło dopiero zaczęło mu wędrować w stronę pleców, ale boki falowały jak trza. Ten to wujek uwiódłwszy moją osobistą ciotkę, nie zaprzestał dążeń do perfekcyjnego wyglądu i wspólnie z resztą społeczeństwa Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej niecnie próbował nosić zamiast kapoty z GieeSu kapotę turecką.

Wujek nabył więc niecnie kożuch afrykańskiego ludu z północy kontynentu znad Moarza Śródziemnego co zamiast turbanów produkował wtedy głównie swetry w pepitkę i haftowane odzienia oraz dżynsy w marmurek. Nie przypominam sobie wujka w sweter w pepitke ani noszącego marmurkowe wycieruchy, ale kożuch drodzy Państwo, jak przyzna każdy obywatel urodzony między 1950 a 1975 to było coś.

Kożuchami handel kwitł w bramach i w hotelach. Turki i Turkowie różnego koloru przewozili te kożuchy na własnych plecach pocąc się w słońcu Alanyi, Ankary i Istambułu. Potem te kożuchy szły po 10.000 pod Smykiem warszawskiem albo na Rózyckim. Kożuchy charakteryzowały się kolorem jasnym albo ciemnym, haftem na stronie zamszowej nitkami: rózową, czerwoną, żółtą i zieloną oraz kudłatym okładem kaptura i mankietów. Były pożądane i deficytowe. Szczególnie wtedy kiedy trzeba było je dać po roku do prania, bo żonie w pralce Frani nijak nie udałoby się usunąć plamy po żywności lub błotku ulic.

W ten to właśnie sposób wujek lansował się po ulicach stolicy.

Pewnego dnia zawitał do kolegi i spożyli. Spożyli zdrowo, w towarzystwie, ale wujek jako przykładny mąż i ojciec musiał wrócić do bloku na czas. Pożegnawszy się z kolegą, nałożył w przedpokoju kożuch i poszedł.

Sunął równo i męsko po ulicy Filtrowej, kiedy to z dwóch stron nadeszło dwóch ponurych panów. Ponurzy panowie obaczywszy wujka co z rozwianymi klapami kożucha i rozwianymi włosami na grzybka toczył się w zaspach, rzucili się na wujka i kazali okazać dowód. Wujek gibiąc się w swoim kożuchu, szarmancko sięgnął do kieszeni i wyciągnął dowód. Ponury pan obejrzał sobie z zainteresowaniem dokumenta i w ten własnie sposób wujek został oskarżony o napad na pralnię chemiczną, z której pół godziny wczesniej ktoś zapieprzył dwadzieścia męskich kożuchów produkcji tureckiej.

Ech przypadku nieszczęsny! Zła chwilo! Losie okrutny!

Wujek wychodząc nie sprawdził koloru nitki i wyszedł w kożuchu kolegi, z dowodem kolegi z bloku kolegi.

Nie wiem, bo to chyba trzeba opisac w teczce wujka, że ponurzy panowie zamiast zgarnąć go na dołek, lub na Kolską, wysłuchali opowieści wujka o niebyciu złodziejem z pralni i niebyciu złodziejemz Filtrowej i poszli z nim miłościwie na tą prywatkę na Filtrowej… Tam wujek zmienił kożuch na kożuch. Dowodu nie musiał zmieniać, bo wszyscy nosili dowody w kieszeni kożucha.

W sumie szkoda.

Chciałabym mieć krewnego-muzyka-kompozytora co napadł na pralnię. Opisaliby go w Trybunie Ludu a na imieninach Krzycha moglibyśmy sobie o tym poczytać. Chociaż… tak też jest całkiem nieźle o ile ktoś zrozumi o co mi chodzi. A jak nie zrozumi to niech poczyta coś głębszego. Na przykład „Na żywo”



Z wyrazami
Redakcja co kożucha nie miała bo jej nie kupili, bo ich było nie stać. Ale se narysuje

May 9, 2012

Fashion Fict Faction by L.M.Production. Przysposobienie nieobronne

Tak się zastanawiam czy w szkołach nadal są prowadzone lekcje przysposobienia obronnego. Za moich czasów zostałam bowiem zaszczycona owym momentem kiedy takowe zostały wprowadzone. Ponieważ uczyłam się w budzie gdzie było 2000 dziewczyn i 12 chłopaków ( technikum odzieżowe / mówiłam, że jestem skrawcem. Skracam głównie) lekcje takie odcisnęły piętno na mojej twarzy.

Dosłownie.

W sali PO stała sobie zamknięta na klucz gablotka szklana zawierająca cztery maski przeciwgazowe, szare koce i jakieś stare rupiecie, którymi miałyśmy się posługiwać. Był tam więc granat ręczny w kształcie granatu ręcznego i granat ręczny w kształcie fallusa. Leżały sobie tam również jakieś pistolety z czasów I wojny światowej lub II wojny światowej, łuski i tego typu rzeczy. Było również pudełko rozbrojonych naboi, które to naboje stały się moją obsesją.

W dobrych starych punkowskich czasach oprócz glanów trzeba było zawiesić na szyi kolczatkę od psa lub wisiorek rzemienny z nabojami. Wyglądało świetnie. Naboje były trudne do zdobycia i tym większa radoch jak już 3 czy 4 sztuki udało ci się gdzieś zaje...fajnić. Mamy więc te lekcję. Mamy też takiego Pana co malutki jest jak kurczaczek, jąka się jak Michnik i łysieje. Ma nas uczyć jak żołnierzem być.

Pan patrzy na nas skosem i pełen werwy komunikuje co następuje:  
- Bę...bę...bę...dziemy...y...yy... dzi...dzisiaj...czoł...czoł...ga...ga...gać się w maaaaaaa..aaaaaa..aaaaskach poo.ooo poooo...dło...o.oooodze. 

Po czym wysyła jedną żenszinę do gablotki. Żenszina przynosi maski zakurzone jak strefa zero z obrzydzeniem trzymając je między trąbą a okularem. Trzydzieści pań patrzy się na Pana. Postawione grzywki jak beton sterczą na 10 cm. Taka moda była wtedy wiecie... Oczęta umalowane ostro, usteczka, różowe sweterki, dżinsy tureckie opinają kształtne kształty. Podłoga pamiętająca jeszcze czasy powozów konnych zawiera na sobie elementy dekoracyjne w kolorach przeciwnych do siebie samej.

 Pan łypie na nas okiem i mówi:
 - Tu..tu...tunel. Będziecie..cie...cie czołga..ga...gać się w tunelu bę..bę...będziecie czoł...czoł...czołgać się będzie...dzie..cie.

Po czym przynosi z klasy takie dwa koła o wymiarach około metra średnicy. Między kołami figuruje tuba z worka po kartoflach chyba. Długa na 6 metrów. Z tuby tumanami unosi się osiemdziesiąt miliardów roztoczy.
Pan przesuwa okiem po przyszłych krawcowych i wyciąga paluch w moim kierunku.
- Ty... cza...cza...czarnulka. 
Teraz już wiem dlaczego wybrał właśnie mnie. Nie nosiłam grzywki na Alfa i mogłam spokojnie założyć mordę słonia na swoją twarz nie łamiąc przy tym urobku w postaci martwych komórek włosowych. Biorę maskę. Zakładam tak jak mnie na teorii uczyli. Maska lata mi dookoła głowy, bo małą głowę mam.

Pan podchodzi do mnie i nachylając się nad szklaną szybką za którą powinno być moje oko krzyczy:
- Oddy..ddy...chaj przez filtr! 


Myślę sobie, że ani chybi to musi być ta słoniowa trąba co mi dynda z przodu. Pan łapie za gumowe troczki z tyłu, zaciąga i wpycha mnie do tuby. Łapię pierwszy haust powietrza przez maskę i próbuję się czołgać. Gdyby te szybki przed oczami nie były takie zalepione brudem, Pan zobaczyłby pewnie jak gały wyszły mi z orbit, bo trąba ni wuja pana nie zadziałała jak należy. Czołgam się na bezdechu czując się jak Rambo z kraju trzeciego świata co na wyposażenie nie ma i dusząc się jednocześnie usiłuję nie nadepnąć na własną trąbę bo ślepa jak kret, bo nic do cholery nie widzę pełznę dalej popychając się prawą ręką a lewą wycierając oszklone otworki na oczy.

 

Nagle przez maskę wpada mi tlen z azotem. Szybkę trafił szlag i wleciała do środka jak ją popchnęłam tym lewym palcem. Nie wiem jak wy, ale ja wtedy po raz pierwszy oddychałam okiem. Polecam. W razie wyższej konieczności. Jakoś się przeczołgałam ale kiedy wylazłam z drugiej strony wora wyglądając jak rozczochrany mamut, nie było następnych chętnych. Pan miłosiernie odlepił mi maskę od twarzy i odesłał razem z nią do gablotki. W ramach rekompensaty za usiłowanie morderstwa poczęstował mnie 5 nabojami z których uplotłam sobie zajebisty gadżet na szyję. I teraz puenta...  

Przed wejściem do worka odepnij trąbę i wydłub oko
Tajest!
Redakcja

May 4, 2012

Ze wspomnień Redakcji cuś kulego tak w okolicy 2004.. Banda i Janda.

No to nadszedł czas na starożytne przygody lotniskowe. Tym razem, miałam nadzieję, że ominie mnie osobista jak ostatnio, gdzie czekałam na obmacanie gumowymi rękawiczkami, dlatego też z ciężkim sercem nie założyłam swoich wielgachnych butów na motor. Nie miało co wyć. Wyglądając jak córka Chińczyka, zwlokłam się o 5 rano z wyra. Zazwyczaj 5 rano dla mnie to pora kładzenia się, więc najpierw obejrzałam w lustrze obcą babę podobną do mojej babci, potem trochę ulepszyłam obcą babę za pomocą Este Lauder. Nie pomogło mi to za bardzo, ale udawałam, że wyglądam świetnie. Oczy Chinola zostały sowicie zakroplone Mibalinem aż brązowe krążki umiejscowiły się na swoim miejscu, czyli na środku piłeczek pingpongowych.


Wyrywając kępy włosów zdredowałam dwa warkoczyki, weszłam w spodnie, koszulkę oczojebną pomarańczową, buty na platformach, złapałam walizę, potem Dawcę Życia, złożyłam się w scyzoryk, wsadziłam się do samochodu i obudziłam na lotnisku kiedy Dawca nakaszlał na mnie na pożegnanie. Dodam, że dawca katar miał i nie przytulił Pierworodnej, co wywołało u mnie smutek i nostalgię. Na lotnisku ruszało sie wiele czerwonych oczu. Co chwila wyskakiwały na mnie przekrwione żyłki.


Chwiejąc się w posadach udałam się do okienka agencji turystycznej, z którą już więcej nie polecę, odebrałam voutchery i stanęłam za grubą babą. Miedzy grubą babą a stiuardessą naziemną stało jakieś sto pięćdziesiąt osób, które jak kwoki zaległy na swoich walizkach i wypełniały blankiety z adresami. Siegnęłam do swojej oczojebno-pomarańczowej torby zapinanej na rzepy, żeby wyciągnąć długopis. Przedstawiłam się na tekturce, przedstawiłam hotel czterogwiazkowy pod tytułem Royal Palace, w którym już nigdy się nie zamelduję, bo mu brakuje dwóch gwiazdek i zaczęłam chować długopis.


Gruba baba odwróciła się od bladego męża i wrzasnęła: - Przepraszam, pożyczy pani ten długopis! -po czym wyrwała mi z ręki nieszczęsny plastik. Ponieważ nie mogłam rzucić się babę celem wyperswadowania manier, udałam, że zrozumiałam zdanie w języku polskim. Kobita złożyła męża i próbowała nie zamordować go przez plecy za pomocą długopisu. Ja stałam grzecznie czekając na finał. Nagle moja oczojebna torba zaczęła iść w prawo. Po prostu. Gibnęłam się za nią i idę. Idę... idę...chociaż w sumie miałam stać. Klapa wyposażona w rząd rzepów przylepiona jest do jakiegoś mechatego czegoś. Do klapy przyczepiona jest część dalsza wraz ze mną.


Zatrzymałam się na jakiejś walizce. Mechate coś idzie dalej. Wtedy rzepy zaczęły trzaskać. A jak rzepy zaczęły trzaskać to mechate się zdenerwowało i stanęło. Potem się odwróciło. A jak się odwróciło, to znaczy, że sweter Krystyny Jandy ma już dość i że czeka mnie wydłubywanie z rzepów pozostałości po wielkiej aktorce.


 Nie wiem co Kryśka robiła o 6.00 rano na Okęciu. Pewnie musiała gdzieś lecieć. Zamiast lecieć postanowiła zagarnąć moją własność za pomocą swetra. No patrzta Państwo. A mogła spać jak Wanda i Banda. Nawet jej nie obfotografowałam swetra :'/ Po odczepieniu Kryśki od torby wróciłam do kolejki, wykonałam wszystkie czynności Polaka przed startem, czyli złamałam prawo jarając w kiblu, bo od miesiąca w knajpie na Szopenie zakaz palenia, zjadłam jajecznicę za 18 złotych, nawaliłam się dwoma drinkami w bezcłowej, wsiadłam do samolotu, wysiadłam w Hurghadzie, zajarałam i wtedy dopiero poczułam, że jest mi ciepło.

Rezydent srogimi okrzykami starał się zapanować nad stadem bladych, gorączkowo rozbierających się rodaków. W sumie to było trzech rezydentów. Jeden dyspozytor, druga blondynka o białych łokciach i trzecia co się przyczyniła. W sumie miałam w dupie. Chciałam złapać busa, pojechać za trzy funty do Royala i wleźć w zielone bikinii. Zamiast tego wysłuchałam dziewiąty raz litanii pytań, trwożnych ostrzeżeń o sraczce zwanej Klatwą Faraona i dyspozytora. Gostek ten musiał wiecie. Porozdzielać. Tych co płyną Nilem i udają, że wypoczywają, tych co jadą w pierwszym autokarze i tych co w drugim.

Przestawił mnie więc obok tej co miała białe łokcie. Nie tylko łokcie miała białe. Również włosy, twarz i łydki. Między białym widniały inne kolory takie jak bordo, brąz i czerwień. Rozumita Państwo. Rezydentka Albinoska na gigancie z całym współczuciem. Pewnie używała filtra nr.88 Dyspozytor skończył rozstawianie, po czym stwierdził, że Biała z nami nie jedzie tylko ta Trzecia. Machnął mnie przed nosem kartonem z reklamą i kazał iść do autokaru. No to poszłam. Daleko przede mną widziałam zasapanych kolegów i koleżanki z samolotu. Kiedy Biała i Trzecia kazały im się zatrzymać, zalała mnie krew, bo zaczęli wracać. Poszłam z walizą spowrotem do dyspozytora i pytam co jest? Ten gapi się na mnie jak ja na Jandę cztery godziny wcześniej. Pyta o nazwisko. Gapi się na listę. Coś mu się nie zgadza. Na liście widnieją dwie Opolskie i ani jednego GrossBossa.

Zara....

Rozejrzałam się wokoło, żeby się upewnić, że to właściwe państwo. Państwo właściwe. Czyli jest dobrze. Gostek żywy jak muł tylko zdziwiony. Zdecydowałam do towarzystwa podziwić się razem z nim. Dziwiłabym się pewnie i dłużej, gdybym nie zobaczyła jak Biała z Trzecią odjeżdżają z lotniska. To może tyle na ten temat. Goniłam je z jakimś Mohamedem dwa kilometry. Dyspozytor pewnie nadal stał na lotnisku i się dziwił. Kiedy dorwaliśmy autokar Biała nie była już biała tylko zupełnie czerwona.

 Koledzy i koleżanki przywitali mnie okrzykami zionącymi polską narodową zakupioną z rabatami zdrową wódką oraz polskimi narodowymi "wurwami" a ja wgramoliłam się do środka ze swoją walizką i torbą z dodatkiem narodowej polskiej aktorki. Jako, że mój hotel był ostatni w kolejce mogłam schować się za siedzeniem z tyłu. Przynajmniej chuch kolegów szedł w przód a nie w tył.

 W hotelu też okazało się, że nazywam się Opolska. W dodatku są trzy Opolskie. Ja, mój mąż i moja żona. Prawidłowa Opolska wyparła się mnie jako żony a nawet córki. Stwierdziła stanowczo, że rzeczą niemożliwą jest aby urodziła mnie mając lat osiem. Miałam polemizować, że musiałaby mieć lat trzy, ale dałam spokój. Dlatego też osierocona przedwcześnie wyłożyłam na blat swój voutcher, paszport i dokumenty rejestracyjne z biura turystycznego, skrzyczałam Mohameda z recepcji, dostałam klucze i padłam na pysk w nędznej namiastce czterosłoniowego luksusu.

 

A potem to już był tylko Tomas i było mi wszystko jedno czy jestem Janda, Opolska, Polska czy Stołeczna. Chociaż wszystkie cztery wysiadły ze mną z samolotu

Z wyrazami Redakcja

April 26, 2012

Jak Redakcja została Harcerzem.


A jakże! Chciałam być! No pewnie! W czasach kiedy nie było netu a komputer Atari był marzeniem całej populacji Polski co można było robić popołudniu? No? Wykazywać się inaczej. Bardziej męsko, bardziej w grupie. Bardziej kurde w kolektywie znaczy!
No więc zapisałam się w wielkich mękach do harcerzy. Bo to niby ten kolektyw i powinni mnie teges - lubić i się nauczę może szałas budować i teges i prasować skarpetki, cerować gacie i pływać oraz ciosać drewno.

Byłam ci ja tą harcerką odwujapana czasu, żeby wurwa nie przekląć. Dwa miesiące dokładnie. Dostałam chustę, ale Druh Drużynowy Sadysta ( co to skończył jako bramkarz w jednym warszawskim klubie studenckim, a obecnie siedzi w pierdlu za napad vel paragraph.148) obsłużył mnie słownie twierdząc, że na krzyż to ja muszę Mociumpanie zasłużyć inaczej.
Zasłużyłam inaczej, ale trwało to 4 godziny. Wyglądałam potem jakbym wylęgła się wśród kniei i borów, we włosach miałam różne patyczaki i florę oraz elementy fauny takie jak: mrówki, kleszcze, trupy komarów, zdechłe wylinki nie wiem czego i inne okazy.

Jeśli myślicie, że on mnie tam obrabiał w krzakach przez 4 godziny, to znaczy, że jesteście odpowiednio przystosowani do życia w rodzinie, ale nieprzystosowani do tej notki.


No to, żeby zasłużyć musiałam podjeść. Znaczy podejść.
Podchodziłam znaczy się. Chyba. Podchodziłam przez ten czas do takiego jednego badyla-kija co mu tam fruwała taka jedna flaga na czubku. Podchodziłam przez trawy i krzaczory okrutne, przez knieje i polanki kierując się jeno strzałkami z patyków i kawałkami bielizny osobistej Druha Drużynowego Sadysty. ( musiały być to chyba strzępy gaci, bo takie białe barchanowe coś wiszące to chyba to) Po szczytowaniu w postaci znizania flagi odrapanymi ręcyma udałam się a okolicznościowe ognisko oltugezer z innymi kotami coby dostać krzyż.


Każdy z kotów podchodził osobno wypuszczany z takiej polany samopas do reszty twardzieli w mundurach. Znaczy się jest zajebiście! Tajemnica Harcerstwa Polskiego zachowana i do tego kultura i organizacja druha KaOWca działa. Twardziele stali w szeregu a kot stawał na końcu. Kiedy wpuszczono mnie w końcu na tę polankie, Kot Redakcja stanął grzecznie dysząc z podniecenia bo już widziałam jak płaska ma wówczas klatka ozdabia się nową błyszczącą rzeczą. Z donosów dowiedziałam się, że mimo, że podeszłam i w ogóle to jeszcze muszę zasłużyć i stanąwszy na końcu dostanę angaż. Polegało to na tym, że druh druha całował w policzek.

No to stoję i czekam. Druh Drużynowy Sadysta stoi przede mną. Rzygam na samą myśl o kontakcie cielesnym z tym wypierdkiem mamuta ale twardo daje pozór.
O dowcipie harcerski! Ty jesteś jak zdrowie! Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie kto cię stracił!
Zamiast buzi dostałam otwartą dłonią w pysk ( bo to było takie zabawne zakończenie zabawy), zamroczyłam się na moment dłuższy, wstałam, powiedziałam „Wurwa dosyć!Wypie***am!” ( co było jawnym pogwałceniem statutu) i na czworakach wystąpiłam z szeregów ZHP.



Czego i wam życzę drogie dzieci, drodzy wurwadruhowie i drogie wurwadruhny.
GrossBoss

December 21, 2011

Haila! Haila!

Coraz więcej jest starych ludzi a granice wieku się przesuwają. Ci co wcześniej byli w średnim wieku są dziś młodzi a dawni staruszkowie są dziś w średnim wieku.

Tylko ten, kto umrze jest naprawdę stary
.
Ludzie, którzy się starzeją zauważają to ostatni.

W dzisiejszych czasach aż do śmierci nosimy dresy, chociaż już nie biegamy.
Przydałaby się infolinia informująca, że się już zestarzeliśmy. Można by też wypełniać jakiś kwestionariusz.
Pytanie pierwsze:
"Czy przy siadaniu zza kołnierzyka wypada Panu kupa?"


Z wiekiem powinniśmy stawać się mądrzejsi, więc dlaczego babcia kolegi przez 20 lat ciągle gubiła sztuczną szczękę? Wpychała ją w ręce jego przyjaciółkom jakby obdarzała je uśmiechem. Czasami zakładała ją odwrotnie. Wyglądała wtedy jakby próbowała zjeść własną głowę. Ale to była silna babka. Ta babka!
W ogóle w telewizji i filmie wszystkie bohaterki to silne kobiety. Powiem wam jak w rzeczywistości wygląda silna kobieta. Wszystko jej już wisi, więc na wiele sobie pozwala. Ma siwe falujące włosy i podobną brodę, gra na kastanietach, tańczy z wilkami czy z kim kto tam chce z nią tańczyć i słucha płyt z pieśniami wielorybów po menopauzie. HAJLA! HAJLA! HAJLA! HAJLA!

Takie właśnie są silne kobiety. Ale w telewizji silne kobiety muszą wyglądać jak Angelina Jolie z taką ilością silikonu, którą można by wypełnić wielki kanion. Coś wam powiem. Nie można mieć mózgu i dużego biustu. Jesteś albo Matką Teresą albo Pamelą Anderson. Nigdy obiema naraz. No chyba, że Jolie, która aspiruje na obie. Albo myślisz albo całkowicie koncentrujesz się na cycku, żeby nie poobijać mebli i nie oślepić innych. Pomyślcie o tym zanim wyrośnie wam długa falująca broda i zarost na plecach Z wyrazami GrossBoss

October 19, 2011

Fashion Fict Faction by LMProduction. Ze wspomnień Redankcji. Rzecz o INTEGRANCJI

Comments after post title click

Integrancja ważna jest jak nie wiem. Kiedy w 2003 pojechałam na te intengrancję do zamku w Reszlu, liczyłam na jakąś wydekoltowaną hrabinę o oczach jak chabry, włosach jak sadza czarnych i brewkach jak skrzydła jaskółki. Niestety. Zamiast tego oczom moim ukazało się wyposażenie ruchome mojego działu w ilości dziewek sztuk dziewięć plus ja. Na miejscu dostałam piękną komnatę z żywą cegłą wiszącą złowieszczo nade mną i zaczęłam się wczuwać. Bo dali nam panie na te integrancję całe wyposażenie, w tem ruchome w postaci żywych braci rycerzy Krzyżaków i Niepolaków co machali mieczami i różnymi innymi narzędziami kuchenno-torturowymi i ten. Zagjebiaszno normalnie. Bo tłukli się o mnie.

Najpierw wczułam jakieś 3 setki a potem błękitną suknię co ją ukradłam z Teatru Wielkiego na tę okazję. Wsadziłam pod michały dwie skarpety z nadrukiem Kennego z South Park dzięki czemu z rozmiaru ą zrobiła się czwórka i z wystającym „mamucim” biustem żeby pasował do sukienki poszłam jakieś 9 wieków wstecz. Nie wiem o co chodziło tym rycerzom co się tam tłukli dla mnie ale każdy rzucił mi się do stóp i mlaszcząc oznajmił, że jestem Panią Jego Serca. Masochistów mamy dużo, dlatego tez każdy z nich został przeze mnie zdzielony po głowie toporem, potem nawrzeszczałam na nich, że On Ci Mój i tego... i przykryłam ich pieluchą tetrową a potem zaczęli się o mnie bić na miecze, topory i płonące pochodnie.

Następnie zwyciężyli każdy każdego i musiałam im się oddać. Uczyniłam to z ochotą albowiem dziewki moje pozostałe chciały zrobić to pierwsze. Oddałam im się w żelaznych gaciach, które niecnie nanizałam na siebie podczas bitwy i zapięłam na kłódkę. Zatem oddanie było symboliczne bo nikt nie chce złamać siusiaka o Żęlazną Dziewicę o inicjałach LM. Ponieważ lubię być bita i sama karcić oraz poniżać różnymi przedmiotami swoich znajomych ( między innymi twórczość moja jest przejaskrawionym przykładem molestowania gał ocznych przez kwadrat monitora – to taka nowa odmiana sadyzmu) , dałam się zakuć w dyby podczas ochoty na siku. Miało to na celu wzmocnienie doznań masochistycznych, bo nie wypada na środku sali tortur zsikać się nosząc suknie ala Scarlet O’hara.



Następnie storturowano mnie naocznie potrawami z dziczyzny i pieczonym selerem z grzybami. Ponieważ gacie były ciężkie jak cholera jasna musiałam je zostawić w kącie bo nie mogłam normalnie usiąść przy stole. Podczas siadania poczułam, że coś śmierdzi. Myśląc, że to wyziewy natury co leżała usmażona na stole uspokojona zaczęłam pakować się na swoje wielkie krzesło. Okazało się, że to nie natura tak śmierdzi tylko ja, albowiem pali mi się z tyłu suknia.

Miłościwie panujący nam kaganek podłogowy udzielił mi jednego z płomieni i dzięki temu miałam do zapłaty w tem 2003 w Teatrze Wielkim jakieś 500 zeta. Ponieważ byłam już bardzo nietrzeźwa uroniłam przepisowe dwie łzy w chustkę haftowaną co ma cztery rogi i z dziurą wielkości Wrocławia poniżej rzyci zasiadłam aby zjeść to co gapiło się na mnie z jabłkiem w pysku. W zamian za to po jedzeniu złapałam za łeb wszystkich trzech rycerzy i kazałam przeszkolić się w walce na miecze, czego efektem jest dziura na prawicy mey między kłykciem a wskazującym palcem w paznokieć zaopatrzonym.

Rycerz jeden był bardziej poszkodowany albowiem prawie złamałam mu dwa palce jak nie trafił w klingę. Zaznaczam, że to on nie trafił a nie ja. Ja trafiłam. Przynajmniej tam gdzie wydawało mi się, że mam trafić. Z reszty wieczoru pamiętam mętnie i nie na temat. Jakiś wieszak na ubrania stojący na stole w karczmie i laski w samych stanikach wijące się dookoła niego. Pamiętam niebieskie słodkie i sól i cytrynę i grzane z goździkiem i to, że musiałam włazić na czworaka do swojej komnaty. Uhm... tak. Muszę się zostanowić nad tym bardzo mocno. I jeszcze nad tym jak kobita w średniowieczu zakuta w żelazne stringi oddawała naturze co jej przeznaczone skoro kłódka dyndała jej u uda a gwoździe wbijały się w pośladka. No! Ale pomyślę o tym jutro...

Uszanowania
Grsssbzzzzzz...






March 15, 2011

Podzielmy się naszym okresem! Fashion Fict Faction by LMProduction


Na temat fizjologii kobiet napisano grube i opasłe tomiska. Pisali je zwłaszcza faceci ( co za dekadencja) Doskonale znający się na naszych ciałach. Wiecie co panowie? Mało o nich wiecie...
…ale jak uważacie / zwłaszcza ci w czarnych kieckach machający krzyżykami, którzy mówią nam co można a co nie można robić z własnym zadkiem oraz dlaczego nie można/ wy wiecie NAJLEPIEJ.
Ha!
Tematy tabu – comiesięczna walka z własnym hormonem. Najpierw przez PMS ( za pomocą krzyku), potem w trakcie ( za pomocą jęków i nocnych porządków) potem po ( no teraz już może być miło...) I tutaj skupie się na drugim etapie.
Po pierwszodniowych jękach nadchodzi czas Super-Pobudzonej-Gospodynii-Domowej. Przynajmniej u mnie. O pierwszej w nocy rzucam się z odkurzaczem po domu, myję okna i ścieram kurze. Ostatnio wstałam o drugiej nad ranem, poodkręcałam sitka w kranach celem polania ich Cilitem ”Kamień i rdza”. Z lubością patrzyłam jak kamień zamienia się w pianę. Ale co tam! Mało mi! Dawaj rozkręcimy kolanka pod zlewem celem znalezienia w nich kolekcji swoich włosów. Uprzedzam, że jest to bardzo ciekawe i pouczające zajęcie. Takie dopieszczenie uszczelki co by nie przeciekała. Zawsze czuję się naładowana energią kiedy mogę na przykład wsadzić rękę w rurę i wyciągnać obiad sprzed miesiąca. Super!
Lubię również robić w nocy przemeblowanie, pranie, czyścić toalety, myć lustra i malować ściany. Czy to nie groteska, że zamiast być osłabioną, czuję się jak po podwójnym speedzie? Mimo, ze włosy w strąkach ( bo to normalne, że WTEDY nigdy nie można się normalnie uczesać!), cera szaro-ziemniaczana i ogólnie wyglądasz jak kupa.
Zachęcam więc wszystkie jęczące panie do zamiany jęków na energię kinetyczną, wyprasowania góry gaci całej rodziny, uszycia garsonki wyjściowej, naprawienia samochodu w tajemnicy przed mężem ( instrukcja w samochodzie gdzieś być musi...), pograbienia liści przed domem, zamiecenia ulicy lub dwóch i usunięcia graffiti z przystanku autobusowego za rogiem.
Panie
wysportowane mogą sprać kilku blokersów lub ustanowić OKRESOWE
PATROLE SĄSIEDZKIE
Podzielmy się naszym okresem!





February 24, 2011

Z ostatniej chwili. "Urząd" dla debili. Fashion Fict Faction by LMProduction

Jak wam się podoba moja strona domowa? Aż się prosi o serial komediowy. Mam wrażenie, że mnie z niego wytną.

Ludzie powiedzą "Ładna scenografia, ale co za baba się tu kręciła...?" Swoją drogą stronę zaprojektował specjalista od feng shui co znaczy mniej więcej tyle co "Trafił się następny frajer"

Chodzi o to, że tu, czy w domu każdy mebel powinien mieć swoje miejsce a bałagan szkodzi. Teraz myślę, że jedna z matek mojej koleżanki była perwszą znawczynią feng shui. Wtedy mi się wydawało, że ma świra :/ Wszędzie chodziła z gąbką. Razem z koleżanką kupiłyśmy jej nawet czarną gąbkę na eleganckie okazje. Czychała w kącie kuchni niczym przyczajony gepard aż z ust spadnie ci okruszek. Rzucała się wtEdy na ciebie, wycierała ci gąbką twarz, talerz, nogę od stołu, psią miskę i wypadała z gąbką przez drzwi biegnąć do Bydgoszczy. No chyba, że się ją złapało za obcas kapcia z puszkiem okalającym palce. Dodam, że kapcia z naklejoną pod spodem flizeliną ochronną.

Ona zawsze potrafiła nas czymś zaskoczyć. Feng shui jak wiadomo ma powodować pozytywne napięcie i energię witalną. Chyba żyłki podjelitowej. Programy o dekoracji domów, gdzie specjalista o wyglądzie Wróżki Waldemary czy innej tam Brunchildy włazi ci w japońskich haftowanych kapciach do rewiru prywatnego, za nim ładuje się ekipa z programu "While you were out" lub "Kto was tak urządził" lub "Colin i Justin" i zaczyna węszyć.

Najpierw filmują twoją głupią gębę, która świecąc się w światłach kamery przypomina inteligentnego kalafiora, potem jeszcze głupsze gęby twojego potomstwa, które akurat bawi się na dywanie wzorzystym poplamionym nieco keczupem i kawą, pijanego małżonka co śpi na tapczanie z Gieesu a na końcu psa liżącego się w okolicach ogona. Specjalista siłą wsadza na ciebie koszulkę z tytułem programu no i zabawa się zaczyna.

Dywan ląduje na klatce na jakieś 5 minut. Podczas gdy dywan stoi w kącie obok windy a ty jesteś zajęta wsadzaniem w łazience twarzy w puder coby się nie błyszczeć i rysujesz sobie oko na nosie ( to ze zdenerwowania), sąsiad z wyższego piętra częstuje się twoim dywanem a ekipa "Niespodzianki dla sąsiada" wystawia na korytarz twoje obłupane meble, potomków i męża z tapczanem. Nakrywa ich wszystkich folią bombelkową i przystępuje do malowania ścian. Najlepiej modnie. Na różowo lub cytrynowo. Do tego dwie kanapy z Ikei w kolorach "beż niezobowiązujący", półki samonośne i krzesła ratanowe, żeby przy trzeszczeniu dupą dnia następnego nie zapomnieć kto cię tak urządził. Na półeczkach lądują serduszka na sprężynkach, plastykowe lampki w kształcie księżyca i rzeźba nowoczesna przypominająca zmutowanego trolla a'la "Harry Potterr" ( bez urazy dla Harrego)



Nie masz już przedpokoju i kibla, bo w przedpokoju stoi ściana z twoich byłych mebli a w kiblu siedzi twój osobisty mąż przywalony skarpetami, gaciami i tapczanem. Jako epilog wciskają ci w rękę butlę płynu czyszczącego Sponsora, mopa i każą ci posprzątać po ekipe. Wszystko w uśmiechem, bo właśnie zostałeś gwiazdą. Aby zakończyć show, wydłubują z kibla twojego męża, z korytarza można w końcu wyszperać spod folii bombelkowej dziatwę czerwoną jak maki na Monte Casino. Ale jeśli myślisz, że to już koniec, to się grubo mylisz.

Zza węgła wyłania się ciotka Genowefa i dwie kuzynki, których nie widziałaś od swojej komuni w 1963, siostra ciotki Zofia i jej mąż Mietek. Następnie nadchodzi reszta rodziny spod Cycowa, którą widzisz pierwszy raz w życiu i kuzynka Lucyna dżwigająca twoją stuletnią prababkę Klarę. W tym momencie rzucają się na ciebie pośród landrynkowych ścian a ty właśnie zostałaś najpopularniejszą gospodynią domową w Polsce.

I do cholery z tapczanem! Specjalista od feng shui ma to głęboko. Uśmiechasz się przez łzy, bo przez następny miesiąc w kolejce do kasy w supermarkecie będziesz rozdawać autografy a sąsiedzi z bloku, których dotąd nie znałaś będą wołać na ciebie Lucyna lub Genowefa.

Czego wam nie życzę - Redakcja



February 11, 2011

Rzecz o hormonie będzie dziś na stronie. Fashion Fict Faction by LMProduction

X kontra Y-grek. Odwieczna walka chromosomów każdego w końcu dopada. Jako dziecko biegasz sobie swobodnie udając kobyłę i wydając odgłos paszczą „iHaaa! IHaaaaa!” z patykiem między nogami na końcu którego to patyka dynda jakiś frędzel. Paszcza ci się nie zamyka kiedy na przerwach udając, że cię nie ma bawisz się w chowanego albo nie udając, że cię nie ma zaliczasz kolejne etapy rozrywki szkolnej. Berek, podchody na WF-ie, skok w dal, dwa ognie.

Czasami próbowałam grać w nogę z chłopakami ale mój jedyny sukces polegał na przyjęciu podania na płaską wówczas klatę i uratę oddechu oraz funkcji życiowych na czas nieokreślony. Grałam również w kosza, ale rozbiłam się o ścianę. Znaczy się myślałam, że to była ściana. Myliłam się. To była moja duża koleżanka Agata, która stanęła mi na drodze. Efekt. Upływ krwi z dwóch dziurek nosowych , i wizyta u pielęgniarki wyglądając jak żżulona prostytuta z Pigalaka po konfrontacji z alfonsem.

I oto pewnego dnia hormony ruszyły! Koniec z dziecinnymi zabawami na boisku! Tego dnia obudziłam się rano a poziom estrogenu skoczył mnie z 5 do 500 mililitrów na cm2. No i zaczęło się. Wieczorne łkanie w poduszkę, którą tuliłam do siebie udając, że to jeden członek kapeli WHAM i wzdychając:- Dżordż! Och nie... Dżordż! Zabierz ręce Dżordż!
Potem moja niezachwiana wiara legła w gruzach bowiem okazało się, że Poduszka-Dżordżmajkel to gej. Potem okazało się, że GrossBoss to też półgej i zamiast Dżordża chce przeleciec Sandrę naprzykład. Albo Madonnę naprzykład. ale to już inna historia.

Na zmianę więc moja poduszka nosiła imiona Dejvamastejna z Megadeth, Lindyevengelisty, Szinedokonor, Dżenegosimmonsa z Kiss, Sandry, Tomasaandersa z Modern Talking i setek innych obu płci osobników, które przychodziły i odchodzili jak niewiemco. Chromosomy X napiergalały się równo z Y, co doprowadzało mnie do białej gorączki, bezsenności i porzucenia dwóch kucyków, kokard, świadectw z czerwonym paskiem, sandałów,podkolanówek, wdziania koszulek z napisem Exployted, Kreator, Sepultura, White Power,Pink Power, Girl Power,Stupid Power, Jestem Dziewicą ale to bardzo stara koszulka, ogolenia się za prawym uchem i powieszenia na nim całej galerii z zadka koguta o złomie nie wspomnę / co jak widzę wraca teraz w postaci ikon portalu Szafa.pl co som najbardziejmodniejsza acz młodsze odemła o lat całych 15-ście/ , zrobieniu w nim trzech nowych dziurek, zakupu za dużych glanów, w których wyglądałam jak Królik Bugs w wersji hardcore.

Doprowadziło mnie to również do dokładnej analizy swojej rozchwianej psychiki, która nie była w stanie poskładać się do kupy przez kolejne kilka lat. Nie mówiąc już o całej galerii na mojej twarzy.



Jedyne co mnie ominęło to pierwszy zdatny do golenia meszek pod nosem, noszenie fryzur na Bułgarskiego Rockmana i zestąpienie jąder. Dziękuję :/ Poczekam sobie spokojnie na menopauzę...


January 27, 2011

Na deprech działa, jedna rzecz mała. Alga SPAtysta - rzecz oczywista. Fashion Fict Faction by L.M.Production


Organoleptyka jest bardzo ważna w moim życiu. Z tego własnie powodu w 2005 wyjechałam po raz pierwszy do SPA, żeby zobaczyć jak to jest. Świeżo po "rozwodzie". Po pierwsze końmi mnie musieli wciągać do pokoiku, gdzie czekał na mnie klon mojej żony. Będącemu w rozpaczy człowiekowi wydają się różne rzeczy a prozac nie zawsze tak zadymi ci dyńkę, żebyś nie miała omamów. Okazało się, ż Redakcja omamów nie ma.

Czekałam tylko kiedy dostanę zapaści emocjonalnej. Udałam się do recepcji i półgębkiem zagaiłam, żeby koniecznie zmieniono mi Klona [byłej] żony na innego osobnika. Najlepiej brzydkiego z zepsutymi zębami o dużych łysych plackach na nieforemnej głowie, z płaskim biustem, zezem i bez charakteru. Kierowniczka SPA zmarszczyła się jak purchawka i sycząc uświadomiła zdołowaną Redakcję, że u nich to tylko sama pierwsza klasa. Dostałam jednak dziewcze, które nie działało na mnie tak jak poprzednie.

No i tutaj nastąpił następny problem. Problem polegał na tym, że GrossBoss w 2005 był jeno zaliczką na kobietę i wszystkie gacie jednorazowe z krepiny co je miłościwie każą nazad kłaść mogę wykorzystać w sposób inny. Najlepszym było by przywiązanie mi do nog sznurka i puszczenie na wiatr jako latawca. Gacie rozdęte do niebotycznych rozmiarów uniosłyby mnie wysoko - hen wysoko na niebie a potem by pękły. Miałabym z głowy depresję. Został by ze mnie smutny placek na łące Zdzisława Maślaka, który po zeskrobaniu zapakowaliby do pudełka po DVD za 99,99. Byłoby oszczędniej. I nie miałabym więcej zmartwień.
Zamiast tego kazali mi podtrzymywać galoty a poza tym być tylko w tych galotach.


Teraz poproszę o uwagę wszystkich samców co chcą się dowiedziec co ich żony robią w SPA.

Otóż uwaga!
(...)
(...)
W SPA żony śmierdzą...

Najpierw brzydsza kosmetyczka siłą oderwała moją jedną rękę od "rozmiaru ą" a potem drugą rękę od gaci.Potem zaciągnęła mnie na kozetkę. Tam rzuciła się na mnie z pastą, którą zdarła ze mnie naskórek. I prawie gacie. Czując się jak biedna, odarta do gołej skóry dzieweczka, powlokłam się pod prysznic, gdzie spłukałam z siebie łupinki i resztki gaci. Dostałam nowe - równie wielkie gacie a potem baba pokazała mi trumnę.

Trumna wyglądała jak sarkofag z Gwiezdnych Wojen i wyścielono ją w środku folią do żywności Jan Niezbędny. Chyba Jan Niezbędny bo była gruba i mozna było zawinąć w nią kanapkę. Kobita kazała mi a potem moim galotom położyć się na Janie Niezbędnym. No i się zaczęło. Najpierw na "rozmiarze ą" wylądowała kupa. Kupa była zielona i śmierdziała jakniewiem. Podobno miała nawet imię.
.

Babka rozsmarowała to na mnie od stóp do głów. Czułam się jakbym leżała naćpana na wybrzeżu w Szczecinie, w zatoce rybaków, którym zepsuły się flądry w sieci ananas smród leci.

To była opowieść o ananasie.

Kobita owinęła mnie folią, i zamknęła trumnę, abym się ugotowała z tą algą pod folią. Łeb Redakcji wyglądał pewnie nieco rozpaczliwie a warkoczęta umazane nieco w kupie śmierdziały podwójnie, bo nie były owinięte. Czułam również, że galoty leżą nieco obok zamiast mnie ukrywać.


Powiem jedno. Te 20 minut to było coś. Ale te 10 następnych to dopiero było coś. Redakcja skrobała się pod prysznicem własnym paznokciem wyobrażając sobie jak biedne Kupo-Algi rozgniatane są na części pierwsze a potomkowie Alg znajdują sobie nowy dom pod moimi pazurami. Na drugi dzień spod pazurów kiełkują mi glony Morza Martwego a ja zostaję pierwszą kobietą połączoną z rośliną. W dodatku kobietą z depresją.

Cały wieczór siedziałam w pokoju hotelowym, żeby przysłowie nie stało się ciałem. Moim. Za drzwiami pewnie przewaliły się w tym czasie tabuny śmierdzących rybą biznesłumen co je stać, żeby wydać 200 zeta na to aby śmierdzieć. Mnie nie stać. Chociaż...
Samica zrobi wszystko dla urody łącznie z wejście w gówno. Muszę tylko odczekać trochę, żeby zobaczyć czy ja też się zaliczam do tej kategorii.

Ale pomyślę o tym jutro...