Translate

December 11, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo

Kolonie fajne są nie? Fajne są te kolonie niesłychanie. Pewnie dlatego Dawcy Życia wysyłali mnie zawsze na te kolonie. Zupełnie jak jakiś Zdzisław Wędrowniczek. Wybijał 30 czerwca i Redakcja była pakowana przez bardzo sumienną Dawczynię Życia do plecaka, który wyglądał na mnie jak muszla kraba pustelnika. Ja, z kończynami chudymi i wątłymi, miałam tachać ten produkt myśli polskiej na plecach i jeszcze uśmiechać się wesoło i radośnie, bo czekało mnie poznanie z nowymi koleżankami i kolegami z innych szkół. Super.

Przechlapane na samym początku, kiedy chwiejąc się na wietrze obok autokaru marki Ogórek z jednej strony usiłowałam utrzymać się w pionie i nie legnąć na glebę jak żuczek gnojarek a z drugiej strony pokazać szczerbatej gawiedzi z 3 i 4 klas oraz również starszej gawiedzi, że ze mną to żartów nie ma i w ogóle fajna jestem, bo jestem fajna. Zęby mnie już trochę wyrosły wtedy na przedzie i z boku, tak, że żuć miałam czym i nie plułam przy pożegnaniach a z drugiej strony czułam się jak weteranka co wojnę widziała. Bo to całe wyjeżdżanie z zespołem sprawiło, że ani Bęsia, Ostrowiec Świętokrzyski czy Szalejewo straszne mi nie są. Jak ktoś się topił w bagnie w NRD i jarał kiepy w Czechach to co to dla niego takie Jasło. Zwłaszcza w roku 1983. Nastawiałam się zatem na to, że nie zawiążą mi na szyi chustki w kolorze „Pust wsiegda budziet solnce” czy „Maki na Monte Casino” i nie będę musiała wyglądać jak idiota.




Bo to taki zwyczaj. Wychowawcy dobierają się według stopnia wrodzonego sadyzmu a ja dostaję najgorszego trampka jaki może być. Trampek dzwoni już na drugi dzień do Dawców Życia z płaczem błagając o odebranie Klona z placówki. Ja w tym czasie spokojnie wyjaśniam grupie „Jagódek” czy innych tam „Krasnoludków”, że wychowawca jest jeszcze po podróży na Aviomarinie lub napił się wody brzozowej i dlatego teraz łka do słuchawki.

Kolonie moje zaczynały się więc od chóralnego skowytu kolegów na widok olbrzymiego plecaka-tobołka w kolorze brązu, potem wsiadaliśmy do tego PKS-u. Ja oczywiście na końcu, bo zapocony kierowca Marian ni wuja pana nie chciał wsadzić mojego plecaka na początku. I było bez znaczenia czy to był Marian, Stanisław czy Rych. Zawsze to samo. W autobusie już się pousadzali a ty stój! Dopiero kiedy mieli odjeżdżać, kierowniczka kolonii dostrzegała, że obok luku, co go już Marian zamyka stoi plecak, zza którego wystają cztery patyki. Znaczy Kolonista Redakcja czeka na okazję. Koloniście Redakcji przy akompaniamencie wrzasków kierowniczki zdejmowano z pleców tobół i zapraszano do autokaru.

W PKS-ie wlepieło się we mnie czterdzieści par oczu różnych maści. Pary oczu siedziały parami zajmując całą przestrzeń ogórka. Kierowniczka, która zawsze siedziała z przodu, drapała się wtedy w głowę z fryzurą Trwała-Rozczesany-Pleśniak i z westchnieniem rozkładano dla mnie takie dodatkowe krzesło z przodu obok kierowcy. Mariana, Stanisława lub Rycha. Zagjebiście byłam zadowolona, bo mogłam sobie pooglądać polskie sioła i wioski podczas gdy pary oczu siedzące parami musiały wąchać śmierdzące zasłonki okienne i domyślać się co widać za kawałkiem szyby.


W trakcie trasy trzech albo czterech kolonistów oddawało swe śniadania plus Aviomarin na kolegę siedzącego obok a ja urabiałam kierowcę coby nie robił przystanów wtedy kiedy nadchodził przypływ z tyłu tylko z przodu. Po dotarciu na miejsce, znałam już rozkład przemiany materii kierowniczki i wiedziałam jak wygląda połowa zadków w autobusie.



Na miejscu, kiedy koloniści czekali na odbiór bagażu, ja już dawno zdążyłam zatrudnić mojego nowego przyjaciela Mariana do zatachania olbrzymiego plecaka do miejsca zamieszkania. Czyli szkoły lub też innego tego typu gmachu użyteczności publicznej. Ośrodka wypoczynkowego Predom Eda na przykład. Tutaj następowało apogeum wstępu czyli dzielenie na grupy i przyznawanie chust w kolorach prawomyślnych. Pokemony w różnym wieku z wywieszonymi jęzorami rzucały się na darmowe kawałki stilonu a potem grzecznie zawiązywały je na szyjach. Ja swoją chowałam w jednej ze stu kieszeni plecaka, bo imaż Sowieckiego Sojuza był mi wrogiem od lat pacholęcych i zęby bolały mnie jak mnie się coś plątało pod szyją. Zazwyczaj też dostawałam w grupie osobniczki płci tej samej w wieku podobnym do mojego ale no cóż tu dużo mówić. Reality show pt. „Kolonia karna” dopiero po dwóch dniach nabierało smaczków pierwszych koalicji, gdzie związki zawodowe kolonistów wybierały nie mnie na przewodniczącego grupy „Fraglesów” a grzyb z drewnianych kratek pod prysznicami, gdzie na gwizdek wychowawczyni pędzono nas do kąpieli powoli acz stanowczo rozgaszczał się na stopach rezydentów.

Szczytem szczytów były kapiele zbiorowe dla nudystów. Pani Trampek w opalaczu ( bo wtedy nie było kostiumów ani bikinii tylko opalacz) i w czepku na głowie nakazywała nam ubrać się na golasa i oltugezer mydlić się tudzież pomocną być koleżankom. Ręce me rwałyby się i może do mydlenia koleżanek, gdybym wtedy była w swoim wieku, lecz pajęczaki nudyści nie za bardzo działały na moją wyobraźnię. Punkt 1 sadystki Trampka był więc dla mnie zupełni nie do przyjęcia, zwłaszcza, że moja rzyć to moja sprawa i nikt, powtarzam nikt nie będzie mey rzyci za darmochę ugniatał mydląc. Ani ja nie będę mydlić rzyci publicznie.

Dlatego też weszłam w swój opalacz, czym wzbudziałam powszechną dezaprobatę. Czyli jak zwykle tak samo tylko inaczej.
Nie wiem, czy próba zdarcia ze mnie opalacza przez Panią Trampek była molestowaniem seksualnym. Wiem tylko, że próba obrony poprzez zdarcie z Pani Trampek jej opalacza nie była. Może dlatego, kiedy goła watacha dziesięciolatek obaczyła pierwszy raz w życiu prawdziwego Younka, zaczęła wrzeszczeć ze strachu. A to dziwne :/ Pewnie do tej pory wrzeszczą w łazience kiedy się kąpią

Czego wam nie życzę
Redakcja ( która chyba nie powinna dzisiaj dodawać puenty

My Facebook.

December 10, 2012

Sprzedam

śliczną ręcznie robioną lampę egipską. Lampa jest wykuwana na Daharze przez naszego znajomego/ i nabijana szklanymi guzami. Duża /63cm obwodu/.

Po zapaleniu na ścianie odbijają się cieniowane wzory / podobnie jak w Makani :)/







piszcie na e'mail


I love the world czyli opowieść o szczęśliwych pajakach.





Dzień dobry :D
ponieważ jest poniedziałek i wszyscy smutno gapią sie na poranna kawę, więc pozwólta iż przywitam Was najbardziej szczęśliwym pajęczakiem spośród 40.000 występujących na naszej planecie gatunków.

Zaznaczyć należy jednak, że jeden jedyny taki ulągł się tylko i wyłącznie na Hawajach a dokładniej na czterech wyspach archipelagu czyli Oahu, Molokai, Maui i Hawaii.

Szczerze mówiąc? Nie dziwię mu się. Jakby nas teraz przy tych minus 10 przeteleportować na te Hawaje, wszyscy byśmy mieli takie gęby.

Happy-face-spider nazywa się bardzo mądrze czyli Theridion grallator aka nananana makaki'ii oraz dorasta tylko do 5mm. Można więc powiedzieć, że to tak zwane szczęście trudno dostępne.

Co ciekawe, każdy z tych pajączków ma na grzbiecie inny wzorek. Mamy więc całą galerie wyszczerzonych, zadowolonych okazów / to zupełnie odwrotnie niż w Polsce/

Wszystkie osoby, które by sobie posżły na tych Hawajach pogrzebać pod liśćmi celem zapoznania się z wesołym kolegą ostrzegam, że jadowity i dziabnąć może. Plecie bowiem swoja pajęczynkę głównie na ziemi więc jakby co to przy demolancji dachu nad głową rzuca się na wandala.

Uściski!
Lea





My Facebook.

December 4, 2012

I love the World czyli opowieść o Zębowym Miswaaku




Dzień dobry moje duszki! - wyszczerzyłam się jak nie wiem! WIDAĆ?
jak nie widać to uwierzcie na słowo.

Bo zębiska mnie sie błyskajo jak temu wilku co o nim Leili muszę opowiadać po raz nie wiem który :))

Dzisiaj będzie o higienie jamy ustnej, więc wszystkie osoby z ubytkami uprzejmnie proszę o skupienie uwagi na florze.

Ha!
Bo właśnie florą - gałązką przaśną półtora miliarda ludzi na świecie te zęby czyści. Gałązka nazywa się bardzo ładnie czyli miswaak, siwak albo sewak i wygląda jak rozczochrany patyczek.

Cały pic polega na tym aby go dobrze rozczochrać. Kupuje sie więc miswaaka w stanie nierozczochranym a nastepnie gryzie na końcu / polecam jak kto w*urwiony/ i wykonuje z niego nadobno szczoteczkę ol'NATUHREL.

Cały pic polega też na tym, że soki zawarte w gałązce dezynfekują całą jame ustną i zęby.

Jak widac wielkie firmy poszły za ciosem i w Egipcie można kupic sobie pasty do zębów dedykowane do użycia na patyku.

serdecznie polecam bo sama wypróbowałam wiele razy

I jak widać klawiatura ma w dobrym stanie i szczęśliwa ostała się w ustach

Pozdrawiam!

GrossBoss



My Facebook.


UPDATE zbieram zamówienia na Miswaaki :) 10 PLN/sztukę p/s o ile moi dolecą na czas powinnam je mieć w Polsce po 20 grudnia. Jeśli znowu ich zatrzymają to przywiozę z Egiptu 17 stycznia Pozdrawiam, Lea

December 1, 2012

Powinnam iść na terapię, bo mi się podoba.



caramel colour chart no.27/ lace wig 26 inches/ silky straight/virgin malesian hair/silk top hidden knots/ silk edges cap - custom made/


November 30, 2012

Lea Demolka wspomina dzieciństwo... czyli przypowieść o rombach, faunie i stolicy'1979

Jak już kiedyś napomknęłam narodziłam się w anno domini 1974 w dziurze octem i pomarańczowym amerykańskim serem płynącą, gdzie wielką atrakcją były wyprawy autobusowe do sklepów w takiej drugiej dziurze, w której to dziurze było o dwa sklepy więcej niż w dziurze pierwszej. Jakowoż dziury te znałam już dokładnie a i widok pustych półek znudził mnie okrutnie, ogromną atrakcją była dla mnie wiadomość, że Dawcy Życia zabierają mnie do stolicy Rzeczpospolitej Ludowej.


Mianowicie rodzina Dawcy Życia zamieszkiwała ową stolicę i pobliskie sioło i trzeba było raz na jakiś czas odwiedzić rodzinę ową. Prykającym małym fiatem prykaliśmy więc 240 kilometrów z kilkoma przystankami na sik-pauzy i zawsze było to dla mnie ogromne przeżycie, kiedy podczas postoju mogłam pooglądać kupy poprzedników jak i oberwane dokumentnie z liści okoliczne krzaczki.

Wtedy chyba była taka moda, że modne i trendy było używanie wytworów przyrody do tej mało wytwornej czynności bo papier toaletowy to był delikates, więc używało się go od święta lub szpanowało girlandami na szyjach lansując się po mieście. Co prawda słowo delikates oznaczało w roku 1979 nie mniej ni więcej na przykład bombonierkę, której zabrakło albo torcik wedlowski, którego jak zwykle nie dowieźli. Mniejsza z tym.


Chciałam tu bowiem napomknąć o tym, że Warszawa była dla mnie jakimś koszmarnie ogromnym skupiskiem spódnic kraciastych i kwiecistych podobnych do mojej Dawczyni Życia. Nie oznacza to oczywiście, że Dawczyni Życia malowała sobie na twarzy szachownicę tudzież łowickie wzory. Nosiła tylko takie ciekawe stylistycznie spódnice w romby i w inne wzory, także patrząc na tłum falujących kiecek miało się wrażenie, że jesteś w jakiejś dżungli matematyczno-filozoficznej.

Potomek Redakcja w ramach edukacji została zabrana przez Dawców na 40 piętro Pałacu Kultury i Nauki, skąd miałam doskonały widok na domy towarowe Centrum oraz smutne i puste place, które oczekiwały aż ktoś na nich wybuduje Mariott, Galerię Mokotów, Blue City lub Atrium Tower. Warszawa przywitała mnie oparami benzyny żółtej i niebieskiej, zmysłowo wymieszanej z azotem i resztką tlenu. Katalizatory jeszcze się wtedy nie wykluły a o bezołowiowych napełniaczach baków mało kto słyszał. Nie mówiąc o paliwach ekologicznych.

Następnie potomek Redakcja została zabrana na Dworzec Centralny, gdzie zgłupiała do reszty.


Wszędzie mijały mnie romby, które na głowach nosiły czapki z lisów i berety włóczkowe. Kobiety Warszawy bowiem lubiły bardzo mieć na głowie martwe zwierze. Najlepiej żywe. To znaczy najlepiej naturalne wyglądające jak żywe, z dodatkiem plastikowych oczu i wywieszonych jęzorów. Najlepiej lisa. Jakaś taka no wiecie… Tendencja. Tradycja też. Wiosna, lato, nie ważne. Zwierze ważne! Dziwne, że mu się oczko nie odlepiło. Temu lisu :/

Ponieważ akurat Dawcy Życia musieli coś załatwić w kasie czy już nie pamiętam co ( a to dziwne… :/ ) Potomek Redakcja niecnie mu się odlepiła od ręki. Temu Dawcu. I w tym momencie ślad po niej zaginął. Koniec. Nie ma. Klona szlag trafił. Ja to się teraz dziwię, że akurat wtedy powinni mnie byli wyprowadzić do tej Warszawy na smyczy, ale chyba im nie za bardzo wypadało wlec po glebie pięciolatkę na uwięzi. Ja tam nie wiem. Jakbym miała takiego Klona to bym wlokła.

No to odłączywszy się na tylko jeden malutki momencik od spódnicy znanej bardzo usilnie postanowiłam odnowić kontakt wzrokowy coby się nie zgubić. Odnowiłam kontakt, złapałam kieckę i idę.

Idę… Idę…

Nagle z góry odzywa się srogi wrzask

” A puśćże mnie dziecko drogie! Czegoż siem czepiasz!”

Podnoszę gały na wykrzyknik bo odgłos paszczą mnie się nie zgadza całkowicie i w szczegółach. Nade mną otwiera się obca jama gębowa nijak niepodobna do Pani Matki w romby ubranej. Obca jama gębowa też nosi romby ale nie te romby co potrzeba tylko inne.

W przeciwieństwie do innych Klonów ten o którym tu rozmawiamy nie stanął jak słupek sztywno na Nowym Świecie tylko rzucił się w tłum i począł inwigilować okolice dolne okalających mnie bab.
Począł również zawodzić nieśmiało pod kulfoniastym nosem wydając srogie stęknięcia i usiłując zobaczyć coś więcej niźli dolne partie ludzkie.

Ponieważ stęknięcia nie przyniosły rezultatu poszedł sobie powrzeszczeć do miejsca, które jak uważał da mu lepszy podgląd na ogólny pogląd.


To może ja już nie będę tutaj za bardzo ujawniać akcji poszukiwawczej za pomocą panów w mundurach. Bo wiecie. Podczas gdy ja sobie wesoło dyndałam nad torami po drugiej stronie balustrady oni przetrząsali berety pań w rombiastych spódnicach raglanowych. Mnie ogladało jakieś 200 osób zebranych na peronie i machających kończynami jak jakieś wiatraki, a oni przesłuchiwali w tym czasie babcię klozetową Panią Wirdżinię Jodełek.
Dawcy Życia okazali się oazami spokoju i nie dokończyli dzieła spychając mnie pod pociąg relacji Warszawa-Ryki. Może to stan przedzawałowy wytworzył w ich krwii dodatkową ilość endorfin. Nie wiem.

To może teraz dla odmiany puenta
Nie każdy Dawca to Romb w berecie chociaż czasem narombany być może…
Z wyrazami
Redakcja


My Facebook.

November 29, 2012

I love the World. Stoned whale from Ushuaia, Argentina





Dzień dobry :)

Pamiętacie zapewne post o szklanej plaży , gdzie Matka Natura musiała przez 100 lat poprawiać człowieka. Dzisiaj będzie o pewnym człowieku, który postanowił poprawić Matke Naturę i przeniósł praca własnych rąk największe zwierze świata wprost do głębi lasu.

Zrobił to w sposób niezwykły, a jego dzieło zlał się w jedno z przyrodą. Adrián Villar Rojas jak widać zajmuje się nie tylko znanymi nam z oceanów stworami, ale też baśniowymi smokami oraz wszystkim tym, co wprawia w zachwyt nasze dzieci i nas samych

Enjoy!

A jakby Adrian szukał nowego miejsca na poprawienie Matki Natury to zapraszam do Polski albo na pustynię obok Hurghady. Będę zabierać turystów na zwiedzanie w stylu Gepetta :)

Pozdrawiam,

Lea



My Facebook.