Translate

January 5, 2011

Hejże hopa! Umtarara! Dostać w gębę darem z DARA!

Ze wspomnień Redakcji...

Skończyłam projektowanie odzieży. Słowo. Krawiectwo lekkie. To dla tego tak dziwnie wyglądam. I dlatego robię coś zupełnie innego. Na przykład jestem GrossBossem na przykład albo sprzedaję odkurzacze i pralki. Czasem też robię meble i tarzam się w styropianie celem spłodzenia jakiejś płaskorzeźby. Krawcowa ze mnie jak z koziej dupy tromba, chodzę pospinana na agrafki inne takie Zbinki Statysty i raczej skłaniałam się do zamachu nożyczkami i maszyną na rzeczy z lumpeksów i przerabianie tysiąckrotne tego co w czeluściach mej szafy zwisa. Mam fioła na punkcie udziwniania odzienia oraz zakupów i szperactwa. Wiem, że jest to straszne, ale to chyba ma nawet jakąś swoją nazwę. Szopofobia for golectrend w moim przypadku. Golec bo żeby Mociupani jak najtani. Z Chinów albo z dziadów. Precz z z zapiergalactwem galeriowym. Precz z ruszaniem zadu!

Moja rodzina składa się z Pani Chomikowej Dawczyni Życia, która to Dawczyni Życia od lat 70-tych kiedy to wyklułam się prosto w łono komuny, chomikowała wszystko co zdołała zgromadzić z odzieży. Zresztą słynne już „paczki z Ameryki” zawierające oprócz pomarańczowej margaryny i pomarańczowego sera żółtego inne nie przetrzepane na granicy rzeczy, co stały się dla mnie kopalnią skarbów. Sprawa wyglądała następująco...

Rok 1982. Lato. Świetlica zakładu pracy, PSS Społem czy czegoś. Pod świetlicą kolejka. W kolejce stoją babcie, dziadki, ojcowie, matki, dzieci, psy, koty, mrówki, czerwone tramwaje. Panuje nastrój ogólnego podniecenia. Panie w nadobnych beretach, przy machnięciu włosem i rzęsem, obdarzają całe towarzystwo cieniami w kolorach cyanu i magenty, przepraszają, że nie przeprosiły, ale za przeproszeniem tu stały i ten. Podekscytowani staruszkowie, żwawo wymachują laseczkami usiłują bez kolejki przesunąć się w kolejce. Dzieci wyją, bo dla nich nie starczy i staruszkowie laseczkami zagradzają im dziury. Czekamy... Dawczyni Życia wyekspediowała nas do kolejki PO DARY, bo liczyła pewnie na to, że znajdzie się tam jakaś czekolada albo inna rajstopa. Każda osoba ( znaczy się te które zdążą i dla nich starczy) ma otrzymać worek odzieży i jakiś tam karton z żarciem. Z czego w worku, który otrzyma dziecko zamiast rzeczy dla dziecka, równie dobrze mogą znaleźć się laczki damskie nr. 51, suknia wieczorowa – ślubna z bufkamy obwód w biuście 144, czy ogrodniczki dla ciężarnej, kapota stróża z Alaski czy męskie majtki po businessmanie z NewYorku

Loteria trwa.

Razem z Ikarusem nerwowo tupiemy w asfalt starymi tenisówkami. Po otwarciu drzwi, zostajemy wessane do środka w pozycji poziomej, przemieszczamy się w stanie nieważkości jakieś 10 metrów wśród okrzyków, owłosionych ud, lasek staruszków, co porzucili je hożo i biegną, obsasów i sandałów. Lądujemy w dużej sali rzucone na glebę jak dwa worki ziemniaków obok DARÓW z odzieżą. Ikarus, która wtedy miała 5 lat, chwyta najbliższy metrowy wór i zaczyna ciągnąć go w stronę wyjścia awaryjnego. Wór jest wielki, srogi i oporny, więc siostra wygląda przy nim jak żuczek gnojarek ze swoją kulką.

Ja w tym czasie na czworaka ciągnę drugi wór, mijam laski, stopy w obuwiu z GSU, a drugą ręką popycham pudło z nie wiem czym, ale się dowiem jak dopcham. Jakoś docieramy do domu. Podtrzymując się nawzajem, z lekko podartymi worami i tajemniczym kartonem przynosimy do domu zbiory.

No to nas OBDARZYLI: dużo za dużych spodni, czerwone a k u r a t ogrodniczki ( w których chodziłam aż do 12 roku życia, chociaż wpijały mi się w tyłek i wyglądałam jakbym przecięta na pół szła na pijawki) czarna pelerynę podbitą podszewką w kratkę ( to taki normalnie wczesny gotyk był a ja kretynka 10 lat póżniej zdemolowałam ją pod wpływem mody i uszyłam z niej kurtkę łolaboga :/) i wiele innych ciekawych okazów w rozmiarach 40 do 50. W kartonie figurowała tyz czekolada Milka, pomarańczowy ser i margaryna oraz standartowo pocięte gazety i cegła zamiast konserwowej szynki co jom opisali na opakowaniu. Ktoś musiał być miłosiernym chujkiem skoro zostawił nam tę jedną czekoladę. I cóz moje duszki... Wychodzę z założenia, że te moja dzisiejsza Szopofobia for golectrend, to chyba spuścizna czasów kryzysu i ciągłego polowania na okazje plus zwyczaje mojej rodzicielki.


Ciekawe czy tylko ja mam takie wrażenie, czy reszta roczników 70-tych tyż?






Aha. I Panie Doktorze Zdyb, czy jeśli podczas wysyłania maila do Qingdao lub Pekinu drga mnie lewa powieka to już powinnam odkładać na blepharoplastykie?

Z wyrazami GrossBoss


No comments: